Francuski koszmar

1561

Kto myślał, że nic gorszego od Grand Prix Indonezji już się nie wydarzy, ten był w błędzie. Finałowa, dziewiętnasta runda MŚ MXGP oraz finał WMX i EMX 250 we francuskim Villars Sous Ecot, okazała się prawdziwym koszmarem dla wielu zawodników, nawet tych najlepszych…

Rozległe pola, łąki i wzgórza na zachód od Montbeliard. Zielona, zalesiona dolinka w miejscu „gdzie diabeł mówi dobranoc,” poniżej autostrady do Lyonu, kryje klasyczny francuski tor MX. Pięknie wkomponowany w naturalne ukształtowanie terenu, ze stromymi podjazdami i zjazdami. I te właśnie podjazdy były kluczowe dla losów kilku wyścigów i zdecydowały w bardzo dramatycznych okolicznościach o tym, kto zostanie mistrzynią…. WMX Zaczęło się pięknie. Ciepło, słonecznie, widokowo a na torze już w sobotę od rana liczni francuscy kibice, którzy przyszli pożegnać Livię Lancelot, kończącą tutaj swoją karierę.

Start WMX

Wszyscy liczyli, że zakończy najlepiej jak można- tytułem mistrzyni świata. Tor jednak, po wcześniejszych opadach, nie był ani suchy, ani łatwy. Już kwalifikacje w EMX250 pokazały, że wielu może mieć problemy. I riderów i ich maszyny czekało jednak coś o wiele gorszego. Oto wczesnym popołudniem nadciągnęły nad tor ciemne chmury i gdy swój przedostatni wyścig sezonu rozpoczęły dziewczyny, z nieba poleciały najpierw coraz większe krople wody, a potem lodowe kulki gradu!

de Ven/Kiara/Kiwi

Tor błyskawicznie zmienił się z już i tak niełatwego w bardzo trudny, a riderki rozpoczęły bój z własnymi maszynami, oblepianymi coraz większą warstwą błota. Kompletną bezradność wykazywały te najsłabsze, grzęznąc na jednym ze stromych podjazdów. Spośród topowych zawodniczek znakomicie rozpoczęła Livia Lancelot, wyrywając prawie wygrany holeshot przez Nowozelandkę Duncan! Potem Kiwi się odgryzła, swoje jechała Fontanesi. Ale gładko szło dziewczynom jedynie na początku wyścigu, oto bowiem rozpoczął się festiwal błędów na śliskim podłożu.

Kiwi vs. Livia

Kto nie upadł, był szczęściarzem. Prowadzenie zmieniało się kilka razy na skutek upadków Kiwi, Van de Ven i Lancelot. W pewnym momencie Francuzka nawet wyprzedziła Kiwi Girl, ale ta wykorzystała błąd rywalki i jej utknięcie w błocie, po czym wyprzedziła prowadzącą Kiarę. Tymczasem z tyłu napierały Nancy Van de Ven i Livia. Później to Kiwi i Livia stoczyły zacięty bój na górnych tarasach toru i skokach. Potem do ich walk włączyła się jeszcze Kiara. Cała trójka w pewnym momencie jechała blisko siebie, na styk! Niestety, ku rozczarowaniu kibiców Lancelot, która postawiła wszystko na szalę, ryzykowała i w końcu ugrzęzła w koleinach upadając.

Problemy dopadły też Van de Ven i tym samym na czele jechała Kiwi Girl, a niedaleko za nią Van de Ven, zaś Fontanesi spadła o trzy pozycje. Gdyby tak zakończył się ten wyścig, o złoto biły by się głównie Kiwi i Van de Ven. Przewaga Nowozelandki wynosiła aż 22 sekundy, co pokazuje jak świetna jest w tak koszmarnych warunkach. I wtedy właśnie rozpoczęła się najbardziej dramatyczna część finału. Ów podjazd-ślizgawka upstrzony leżącymi maszynami… Kiwi była prawie na górze, ale jeden uślizg koła przy próbie ominięcia leżących tam już pokotem kilku motocykli spowodował upadek i Kiwi wylądowała na trawie poza torem. Było to, o ironio losu, na ostatnim, 12-tym okrążeniu. W ten oto dramatyczny sposób liderka spadła aż o 5 pozycji a na czele znalazła się Fontanesi.

Livia/Kiwi

By na ten przeklęty przez zawodniczki szczyt podjazdu wjechać, trzeba było najpierw podnieść i postawić maszynę z makabrycznie śliskiej stromizny. I to okazało się horrorem, bo mało kto, z obsługą toru włącznie, umiał tam ustać i utrzymać jeszcze moto! Kilka zawodniczek dokonało tej sztuki i próbowało po zjechaniu na dół rozpędzić się i ponownie szturmować szczyt podjazdu. Wysiłki te nie przynosiły z reguły rezultatu (bo z czego i na czym się tu w ogóle rozpędzić???) i cała zabawa w błocie rozpoczynała się od nowa. Były to sceny rodem z hard enduro. Graham Jarvis i Jonny Walker mieliby czym sycić oczy… Kilka maszyn wciąż leżało na trasie, blokując przejazd, a obok stały lub siedziały w błocie kompletnie zrezygnowane riderki. Obsługa zdezorientowana, bo jak i kiedy tu usuwać z toru „martwe” maszyny, gdy co chwila ktoś próbuje zdobyć szczyt podjazdu a motocyklem rzuca na lewo i na prawo? To była prawdziwa jatka. Nie dziwi więc, że rozpoczęło się albo skracanie trasy albo omijanie bokiem feralnego podjazdu.

Livia Lancelot

Kilka dziewczyn w ogóle miało dość tych męczarni i zjechało z toru widząc, co się dzieje. W końcu do akcji na podjeździe weszli rozzłoszczeni i zniecierpliwieni nieporadnością obsługi toru francuscy kibice. Pomoc trójkolorowych dotyczyła jednak głównie popularnej w kraju „modelki motocrossowej” Mathilde Denis. Walka o złoto trwała jednak dalej, bo ktoś musiał przecież wygrać ten koszmarny wyścig! Jako pierwsza na mecie pojawiła się w końcu Fontanesi, ku wielkiej radości ekipy Yamahy. Kiwi wygramoliwszy się z okowów podjazdu, wściekła i ze łzami w oczach dopiero szósta! Cóż za ironia losu – była najlepsza, a zatrzymały ją te najsłabsze…W tym momencie Kiwi wiedziała, że chyba przegrała tytuł mistrzyni i tylko wyjątkowy cud lub katastrofa rywalek mogły ją uratować. Ale przecież dalej liczyły się w grze o złoto Lancelot i Van de Ven (trzecia i druga w tym koszmarze). Wszystko miał rozstrzygnąć ostatni wyścig sezonu w niedzielę i tam dziewczyny musiały zagrać va banque.

Nadal bowiem dzieliły je minimalne różnice! Ale to jeszcze nie był koniec. Oto do jury zawodów wpłynęły skargi i protesty kilku zawodniczek, które poddały w wątpliwość dwa ostatnie okrążenia z uwagi na nieprzejezdność toru i skracanie trasy przez niektóre riderki. Z początku na tablicy wyników widniało tylko 10 zaliczonych okrążeń, a zwyciężczynią była Duncan. Potem jednak, po zapoznaniu się z zapisami video jury wczesnym wieczorem zdecydowało o zaliczeniu wyników z całości i to Włoszka była na najlepszej drodze do zgarnięcia kolejnego już tytułu mistrzyni świata. Niedzielny finał sezonu WMX był nie mniej dramatyczny, bo na trasie wciąż leżały zwały błota, a aura nie chciała odpuścić i dalej „nawadniała” wszystko. Na maszynie dziurawo, kilka dziewczyn wycofało się z tej imprezy. Z bramek doskonale wyszła Kiwi, a za nią jak cień szła zdeterminowana Lancelot. Drobna Nowozelandka nie mająca ze sobą takiego sztabu ludzi do pomocy jak rywalki była jednak znowu najszybsza, i nie było na nią rady. Świetnie na 2. miejscu trzymała się Livia, trzecia była holenderska nadzieja na złoto, czyli Van de Ven.

Ta jednak straciła koncentrację i ugrzęzła w błocie w środkowej części toru. Kiwi po znakomitej jeździe wygrała ten ostatni bój. Na mecie aż krzyczała z radości bo wiedziała, że to ona była tu najlepsza i że to ona powinna za chwilę zostać koronowana na królową światowego MX. Triumf mieszał się jednak ze złością i ogromnym rozczarowaniem, gdyż sobotni wielki pech tej dziewczyny był czymś w rodzaju wielkiej niesprawiedliwości losu jaka ją spotkała, mimo znakomitej jazdy i wielkiej przewagi nad rywalkami. Proszę sobie wyobrazić skalę różnic na mecie- Kiwi nad drugą Lancelot miała aż 46 sekund przewagi! Trzecia Fontanesi jedno całe okrążenie mniej. A jednak w wyniku skrupulatnych obliczeń okazało się, że to Kiara została mistrzynią świata, i to po raz PIĄTY! Żegnająca się z wyścigami ulubienica Francuzów Livia Lancelot została wicemistrzynią, a niepocieszona Kiwi otrzymała „brąz”. Wyniki ostatniej rundy okazały się więc wynikami sezonu. W Holandii zgrzytanie zębów ze złości i wielki żal, bo po Assen to przecież Van de Ven miała zostać mistrzynią. A została tą czwartą. Skalę tego jak wyjątkowo ciasno było na szczycie tabeli po Assen i jak minimalne były tu różnice oddaje tabela końcowa. Pierwszą i czwartą zawodniczkę dzielą tylko…2 PUNKTY! To sytuacja naprawdę rzadka i pokazuje, jak wyrównana jest pierwsza czwórka MŚ kobiet.

Piraci Morgana

Był to też świetny sezon dla Yamahy, bo trzy maszyny z pierwszej czwórki to właśnie niebieskie moto. Gdy było po zawodach, włoska królowa padła plecami w błoto krzycząc ze szczęścia, by po chwili utonąć w objęciach licznych przyjaciół, najbliższych i swojej ekipy. Podobnie żegnała się ze wszystkimi, otoczona wianuszkiem ludzi Livia. Kiwi dla odmiany bardzo skromnie, bo pomaga jej tylko dwóch ludzi (jeden z nich w dodatku niepełnosprawny, na wózku!). To taki „mikro team”, a jednak ta dziewczyna potrafi wygrać w każdych warunkach i z każdą rywalką. Tym bardziej szkoda, że tak okrutnie obszedł się z nią los. Później Kiwi powiedziała tak: To, w jaki sposób przegrałam jest dla mnie bardzo frustrujące i dobijające. Przywykłam do walki a tu okazało się, że wygrałam na torze z rywalkami a przegrałam z samym torem, a raczej z leżącymi na nim nieruchomo motocyklami…Cóż, nic nie zrobię, pora zamknąć rozdział 2017 i już myśleć o kolejnym. (rozmowa z Courtney Duncan niedługo na naszym portalu.

EMX 250 Drugim finałem sezonu było starcie „zaplecza MŚ MX2” czyli EMX 250. Tu karty były już dość dawno rozdane. Wygrać miał Włoch Morgan Lesiardo, ale kwestia 2 i 3 miejsca była wciąż otwarta. Liczyło się tylko dwóch Włochów(Furlotti i Forato) i jeden Hiszpan (Ruben Fernandez). Pauzujący po kontuzji odniesionej w GP Szwajcarii Simone Furlotti był we Francji tylko widzem, więc od jazdy trzeciego i czwartego w generalce zależało, czy utrzyma drugie miejsce i czy w ogóle pozostanie na podium. Los, a w zasadzie stan toru w Villars Sous Ecot jednak sprzyjał Furlottiemu, gdyż tych szybkich chłopaków czekała ta sama ciężka przeprawa z zalegającymi tor setkami kilogramów błota.

Czekał też ów koszmarny podjazd. Kibice liczyli jednak, że silni zawodnicy na silnych maszynach dadzą radę tam, gdzie jak muchy padały dziewczyny. Pierwsza jazda tej klasy była jednocześnie ostatnim punktem sobotniego programu. Niestety, i tu pogoda urządziła sobie swój własny spektakl. W trakcie wyścigu znowu poleciała na tor spora dawka wody. Najlepiej ruszył po punkty pamiętany ze strefy w Dąbrowie Górniczej Tristan Charboneau, który szybko „ustawił” wyścig rozgrywany w coraz trudniejszych warunkach. Był jednak ktoś, kto potrafił mu dotrzymać kroku a nawet wyprzedzić… Francuz, Mathys Boisrame (który niedawno startował w MXoEN w Gdańsku) sukcesywnie parł do przodu i na szóstym kółku dopadł Tristana. Obaj szli łeb w łeb, ale minimalnie szybszy był jednak Francuz.

W połowie dystansu doszło do sytuacji, która rozstrzygnęła o losach tego wyścigu. Obaj najlepsi rywale zjechali w dół do zakrętu, tuż przed owym morderczym podjazdem. Tam doszło między nimi do kontaktu, na skutek którego obaj upadli, ale to Amerykanin szybko wstał i pojechał dalej jako lider. Francuz, którego motocykl fiknął kozła, niestety wypadł z dalszej rywalizacji i zjechał do pit lane. Kilku riderów podobnie jak dziewczyny utknęło na podjeździe-killerze, paru poległo w koleinach. Padali na tor nawet ci znakomici, wyjeżdżeni. Niektórzy się poddali, a paru riderom zastrajkowały skatowane silniki ich maszyn. Wreszcie na metę z wyraźną przewagą wjechał triumfujący po raz piąty w wyścigu Charboneau. Za nim niespodziewanie pojawił się Brytyjczyk Dunn, a trzecim okazał się mocny Fernandez. Bez szału jechał Lesiardo, pewny już tytułu. Dojechał na luzie i formalności stało się zadość. Na sympatycznego Włocha w strefie start-meta czekała już z szampanami liczna ekipa jego „Morgan Pirates” w specjalnych koszulkach, oraz ekipa teamu Kawasaki. Feta była niezła, radość szalona. Zwycięski pochód Morgan rozpoczął w Ottobiano a swoją mądrą, rozważną, równą jazdą i równoległymi startami w MŚ MX2 zapracował na ten wynik. Brawo! Niedzielny finał sezonu okazał się znacznie gorszy. Tym razem trup słał się już gęsto, a niesławny podjazd zebrał znowu obfite żniwo. Podobnie jak w sobotę u dziewczyn, tak i teraz pod szczytem wzniesienia zaczęły leżeć oblepione błotem lub spowite w obłokach pary maszyny. Liderzy próbowali, starali się, żyłowali sprzęty do granic wytrzymałości.

Podjazd Lesiardo

Niejeden „zarżnął” swe moto, niejeden zablokował innego rywala. Było to jak walka o przetrwanie! Tym razem Tristanowi już nie poszło tak gładko. Start mniej udany (dopiero ok. 15 miejsca), ale Amerykanin zabrał się chyżo do dzieła i sukcesywnie mijał rywali na śliskim jak diabli torze. Jednak nie dane mu było odegrać większej roli tym razem, gdyż poległ na tym samym podjeździe gdzie wielu innych, i tak samo jak Kiwi Girl stracił szanse na dobry wynik. Walka ze stromizną i śliskim podłożem była bardzo ciężka. Motocykl zsuwał się, Tristan koziołkował, przewracając stojące z lewej strony toru reklamy i łamiąc słupki. Poraniony, bez rękawiczek, oblepiony błotem w końcu jakoś dotarł do pit lane. Tymczasem znakomicie poczynał sobie Lesiardo, jakby chcąc pokazać kto tu jest najlepszy. Od drugiego kółka prowadził, jednak niespodziewanie utknął w błocie na pierwszym podjeździe na górną część toru. Zrezygnowany zsiadł i zakończył wyścig, a motocykl z błota wyrywać musieli (we trzech!) flagowi.

Fernandez

Poza tym kilku innych „umarło” na trasie, kilku zostało zdyskwalifikowanych, parę maszyn się zagotowało na amen. Był nawet środkowy palec pokazany przez rozwścieczonego, zastopowanego ridera. W tym całym chaosie i walce z torem najlepsi okazali się kompletnie niespodziewani na podium goście: 1. Anthony Burdon (FRA), 2. Simone Zecchina (ITA) i 3. James Dunn, który został tym samym zwycięzcą całej rundy finałowej ME. Tak więc cieszyli się Francuzi ale i Brytyjczycy, bo udało się wyrwać wygrane najlepszej trójce Włochów i najsilniejszemu ostatnio Charboneau. Włosi na pociechę mieli drugie miejsce Zecchiny. Tristan dzięki temu, że zęby w błocie połamali sobie najlepsi, zdołał wywieźć dobre, czwarte miejsce w ostatnich zawodach sezonu. Najlepsza trójka Europy w „ćwiartkach” to: Lesiardo, Furlotti, Fernandez. Młody Hiszpan rozbił więc włoskie trio, ale na pewno nie będzie jedynym, bo przecież od połowy sezonu dominował w tej klasie głównie jeden człowiek- Tristan Charboneau.

Ostatni podjazd Tristana

Amerykanin jest świetnym przykładem na to, jak wiele w wyścigach znaczy głowa. Z szarego uczestnika stał się szybko potentatem, który rozgrywa wyścigi pod swoje dyktando. Przyszły sezon zapowiada się więc pasjonująco, bo Włosi już wiedzą, że nie są sami w kolejce po wygrane. I na koniec warto odnotować jeszcze jedno. W zawodach tych brał udział młodziutki Czech, Petr Polak. Był to jego debiut w tej klasie, bo zwykle startuje on w EMX tyle że… w 125ccm. W tak ciężkich warunkach ten chłopak zdołał wedrzeć się na wspominany tu wielokrotnie trudny podjazd i w dodatku wygrać niezłe 14 miejsce, za które przywiózł swoje pierwsze punkty. To jest coś! Startował też szybki Słowak Tomaś Kohut. Obaj zakwalifikowali się dopiero w LCR, ale wykorzystali tę szansę jak umieli. Polaków niestety nie było, jednak bądźmy szczerzy- kogo mielibyśmy wystawić do tak szybko jadącej Europy??? O tym co działo się w klasach MX2 i MXGP, kto tam padł ofiarą toru i w jakich okolicznościach na podium MX2 pojawiły się niespodzianki przeczytacie w najbliższym wydaniu naszego magazynu.

Tristan

Jedno możemy Wam zdradzić już teraz: zrealizowaliśmy wywiady z dwiema najważniejszymi postaciami tego sezonu w królewskiej klasie MXGP. Co powiedzieli nam Jeffrey Herlings i Antonio Cairoli, przeczytacie już niedługo na naszych łamach.

fot: Alek Skoczek