Głodny skacze po górach

1845

Na co dzień zajmuje się naprawą amerykańskich samochodów. Kiedy nadchodzi sezon pakuje swoje motocykle, długie włosy spina w kitkę i rusza w świat.

Mariusz Głodny jest jedynym polskim motocyklistą uprawiającym hill climbing, to za jego sprawą powstał ten artykuł. Ale o co chodzi? Zadaniem hillclimbingowego motocyklisty jest przede wszystkim dotarcie na wierzchołek bardzo stromego wzniesienia. Jeśli ta sztuka uda się jeszcze komuś, liczy się czas przejazdu poszczególnych zawodników.

Trasy hillclimbingowe mają na ogół od 100 do 400 metrów długości, przy nachyleniu nawet do 80 stopni. Zdarza się, że są odcinki zupełnie pionowe. Podłoże tras jest bardzo zróżnicowane – błoto, skały, piasek, kamienie i korzenie – po prostu wszystko, co można znaleźć na górskich stokach. Są zakręty, pionowe ściany i naprawdę mega hopy lub drogi w poprzek, które przelatują tylko najlepsi. HC jest niezwykle popularny w zachodniej Europie i USA. Od pewnego czasu mistrzostwa w tej dyscyplinie włączył do swojego kalendarza FIM. Blisko jedenaście lat temu podjęto próbę zorganizowania takich zawodów w Polsce. Trudu podjęli się krakowscy fani sportów motocyklowych w Osielcu koło Jordanowa. Silną grupę stanowili profesjonalni zawodnicy, jeżdżący w enduro i crossie z Wojciechem Renczem i Sebastianem Krywultem na czele. Spośród trialowców można było zobaczyć m.in. ówczesnego Mistrza Polski – Tadeusza Błażusiaka. Nie zabrakło też licznej grupy motocyklistów, traktujących terenowe szaleństwa czysto hobbystycznie. Niestety zawody miały bodaj tylko 3 edycje i polski hill climbing dość szybko umarł śmiercią naturalną. Na placu boju pozostał jedynie Mariusz Głodny, który przygotowuje się do kolejnych zawodów w nadchodzącym sezonie. Jest zawodnikiem „rozpoznawalnym” i cieszy się uznaniem i szacunkiem swoich kolegów „po fachu”. Wiele lat musiał na to pracować, dzisiaj należy niewątpliwie do czołówki hill climbing’u.

Poszły konie…

Hill climbing to nie tylko odwaga i umiejętności. Połowa sukcesu tkwi w sprzęcie. Motocykle przeznaczone tylko i wyłącznie do HC to bardzo specyficzne maszyny. Nie polatamy nimi po szosie, po szutrach też będzie ciężko… za to pod górę? Bez problemu. Większość motocykli startujących w zawodach HC to przerobione motocykle crossowe, które dzięki odpowiednim modyfikacjom są w stanie podjechać pod każdą górę.

Najlepsi zawodnicy, którzy hill climbing traktują jako sposób na życie, wsiadają na maszyny zbudowane od podstaw tylko i wyłącznie do tego sportu. Jedne z najbardziej profesjonalnych firm, które budują takie motocykle, to między innymi Thomas Racing Service oraz Team Peterson Racing – niestety nie wszystkich stać na taki luksus i wtedy trzeba samemu zająć się sprzętem.

Niech moc będzie z tobą

Przedłużony wahacz to podstawa. Dzięki niemu nie fikniemy backflipa przy ostrym podjeździe. Najlepsze wahacze to takie, które umożliwiają płynną regulację mocowania tylnego koła, aby móc ustawić najbardziej nam pasujący rozstaw osi. Przedłużane wahacze zazwyczaj bazują na fabrycznych, trzeba znaleźć dobrego specjalistę, który przedłuży nam w osi wahacz. Wszystko musi być zrobione bardzo starannie, precyzyjnie i solidnie. Długość przedłużenia jest tutaj kwestią indywidualną, ale zazwyczaj sięga jednego metra. Zależnie od klasy, w jakiej chcemy startować, nasz hillclimber musi mieć odpowiednie serce, które pozwoli mu wskoczyć na najwyższy szczyt. Oczywiście najważniejsze jest to, żeby był mocny. Jedne z bardziej popularnych silników stosowanych w motocyklach HC, to rzędowa czwórka zaadoptowana z szosowych przecinaków. Są fabrycznie bardzo mocne, więc na początek wystarczy tylko pomyśleć, jak tu wpasować taki silnik w ramę od motocykla MX i ogień!! Jeżeli jednak mierzymy w półkę najlepszych, to czeka nas bardzo dużo pracy – bardzo mocne jednostki, sięgające mocą grubo ponad 200 koni, zasilane czystym metanolem lub paliwem co najmniej 115 oktanów, to standard wśród najlepszych. Muszą być także niezawodne, bowiem odpalić je można tylko raz na starcie przy użyciu specjalnego rozrusznika.

Maksymalnie wykręcone silniki pokonują każde wzniesienie jeśli tylko… jeździec nadąży. Jeśli ich drogi się rozjadą, do pracy przystępują wyspecjalizowani w swojej profesji łapacze, chwytając rolujący motocykl i koziołkującego zawodnika. W hill climbing’u, jak w każdym sporcie motocyklowym, zawieszenie i opony to połowa sukcesu. Jeżeli chcemy mieć trakcję na przyzwoitym poziomie, to musimy zaopatrzyć nasz motocykl w zawieszenie z najwyższych światowych półek. Bez pełnej regulacji zawiasów nie zajedziemy daleko. Druga sprawa to opony. Ogumienie typu Scat-Track zmienią wasz motocykl nie do poznania. Jeżeli tylko pozwala na to regulamin zawodów, to w opony dodatkowo wkręcamy śruby, dzięki czemu przyczepność tylnego koła będzie bardzo duża.

Bądź przezorny

Zastrzyk adrenaliny i szaleństwo graniczące z ogromnym ryzykiem – to lubimy, ale żaden z nas nie chce być inwalidą. Żeby nasz motocykl był bezpieczny, potrzebujemy kilku modyfikacji. Najważniejszą rzeczą, bez której i tak nie zostaniemy dopuszczeni do zawodów, to Kill Swich – zrywka, dzięki której po upadku z motocykla ten automatycznie zgaśnie. Drugą sprawą jest zamontowanie tylnego błotnika – jeżeli cenimy swoje klejnoty i nie chcemy, żeby przy upadku zostały na naszym Scat-Track’u.

Mariusza Głodnego spotkaliśmy podczas tegorocznych targów moto w Warszawie. Szukuje w Polsce niespodziankę, śledźcie info na naszym portalu.

fot. X-cross, archiwum