Moje moto – Bartek Dorosz #66

2897

Motocykliści w tym kraju lekko nie mają. Największy problem to sprzęt, na który często nie ma kasy. Przynajmniej taki, jaki by się chciało. Jedynym ratunkiem są „używki”, a z tymi różnie bywa. W mojej „karierze” przewinęło ich się już kilkanaście…

Przygodę z motocrossem zacząłem dość nietypowo. Bardzo chciałem jeździć, a ponieważ nie posiadałem własnego motocykla pożyczyłem moto od kolegi, Hondę CR125 (1995). Już po tygodniu ostrych treningów pojechałem na zawody do Obornik (było to pod koniec 2007r), na których zająłem dwa razy drugie miejsce. Jak na pierwsze zawody w moim życiu był to niesamowity wynik. Wkrótce potem pojechałem na trening do Opatówka, gdzie zostałem „zauważony” i zaproponowano mi z marszu członkostwo w Klubie. Radość wielka, ale był jeden problem – nadal nie miałem swojego sprzętu, a na pożyczonym jeździć wiecznie nie mogłem. Nie stać mnie było na crossa, chodziłem jeszcze do szkoły, dlatego właściciel toru w Nekli Tadeusz Magiera postanowił mi pomóc. To od niego dostałem mój pierwszy motocykl Suzuki Rm125 z 2003r. Było to spełnienie moich marzeń. Suza pochodziła z Niemiec, miała tuningowy układ wydechowy i jak na 125-tkę wręcz wyróżniała się swoją mocą. Dzięki temu mogłem konkurować z 450-tkami. Początkowo wszystko szło dobrze, jednak po pewnym czasie w motorze urwał się jeden z zaworów w cylindrze (ten, który uwalnia dużą ilość spalin przy wysokich obrotach) i uderzył w tłok. Trzeba było zrobić remont.

Po rozłożeniu silnika okazało się, że skrzynia biegów przy mojej jeździe długo nie wytrzyma, dlatego lepiej moto sprzedać. Ale czegoś się nauczyłem i do ostatniej śrubki poznałem eremkę. Ogólne wrażenie? Zwinność, lekkość, dobra moc, jednak słaba skrzynia biegów. Zaraz po niej zostałem rzucony na głęboką wodę, ponieważ moim kolejnym motocyklem była Honda Cr450f (2005) – „potwór” jak dla młodego zawodnika bez doświadczenia. Był kupowany z myślą, aby długo wytrzymał. Posiadał większą moc niż nowsze modele, jednak skrzynia biegów nie wytrzymała długo i musieliśmy się pożegnać. Po dwóch naprawach przyszła pora na młodszy sprzęt, jakim była Yamaha Yz450f z 2007r. wersja demo ściągnięta z Holandii. Super motocykl, nigdy nie zawiódł. Świetne seryjne zawieszenie, hamulce. Na tym motorze pierwszy raz startowałem w klasie Licencja. W amatorach nie miałem konkurencji, dlatego, aby się rozwijać, poszedłem do wyższej klasy.

Niestety latem 2008r. na treningu w kurzu motor zrobił mi tzw. „rybę” przed górką i uderzając kierownicą o najazd dźwignia sprzęgła chwyciła palec częściowo go urywając. W szpitalu musiano mi go amputować do pierwszego zgięcia, jednak nie zraziło mnie to, wręcz zmotywowało i już w następnym sezonie zdobyłem Mistrzostwo Strefy Polski Zachodniej w klasie Licencja. Po tym wypadku zmieniłem Yz450f na Yz250f (2007), by zmniejszyć nieco koszty utrzymania. Był to znakomity motor, w pełni seryjny, którym zrobiłem bez żadnych problemów 60mh. Z czasem ręka się wzmocniła i postanowiłem kupić coś nowszego. Wybór padł na Suzuki Rm250 2t (2008): moc i lekkość w jednym. Posiadała tuningowe zawieszenie na 90kg. Niestety moja waga nie przekraczała 66kg, dlatego ciężko się jeździło, była za twarda i „kopała”. Przy wymianie oleju w skrzyni biegów pojawiały się spore opiłki, dlatego sprzedałem ją, bo bałem się, że skrzynia się rozpadnie. Następna była Yamaha Yz250f (2008), na której jeździło mi się super, lecz gdy stuknęło 9mh po założeniu układu wydechowego urwały się zawory wydechowe. Silnik dosłownie wybuchł.

Nie było czasu ani pieniędzy na kosztowne remonty, dlatego zostawiłem ją w rozliczeniu za Hondę Cr250f (2008) z małym przebiegiem. Musiałem sporo dopłacić, jednak kolega zgodził się na raty. Honda super motocykl, nic się nie działo oprócz szwankującego sprzęgła, co w tym modelu jest nagminne. Na szczęście pomogły nowe tarcze i twardsze sprężyny. Z czasem znów zaczęło brakować mi mocy, dlatego zamieniłem Hondę na Yz450f (2007). Transakcja „łeb za łeb” została niestety zawarta z nieuczciwym handlarzem, bo okazało się, że silnik to katastrofa. Musiałem zrobić remont. Cały motor miał duży przebieg i usterki się mnożyły, dlatego moto sprzedałem i kupiłem mało używaną Yamahę Yz250 2t (2007). Z tą Yamahą również nie miałem żadnych problemów. Świetnie się jeździło. Zrobiłem zapobiegawczo tłok i korbę, tak na wszelki wypadek. Brakowało mi jednak 4t i kupiłem Suzuki Rm450z (2007). Niestety ktoś wymienił sam tłok (korbowód był od nowości) i na zawodach zaczęła „dzwonić”. Opiłki zdarły nikasil z cylindra i trzeba było zrobić remont kapitalny. Poza tym motor super, 4-biegowa skrzynia idealna na tor. Ale trafiła się okazja: Suzuki Rm450z (2009) od pierwszego właściciela, mały przebieg więc ją kupiłem. Model na wtrysku, o niebo lepsza jazda niż z gaźnikiem. Szkoda tylko, że zrobili 5-biegową skrzynię. Chodziła bezawaryjnie, tylko zimą ciężko paliła. Po niej trafiłem na „perłę”: Suzuki Rm450z (2012) w stanie fabrycznym. Poprawiono w niej wszystkie niedociągnięcia poprzednich modeli: łożyska kiwaczek, tulejki w plastikach, wydech lepiej pali… Wystarczyło dbać o filtry powietrza, regularną wymianę oleju i smarowanie łożysk. Nie musiałem zaglądać do silnika. Na niej właśnie zdobyłem Mistrzostwo Strefy Polski Zachodniej w klasie MX Open oraz zająłem piąte miejsce w Pucharze Polski.

Tekst: Bartosz Dorosz, zdjęcia: Aneta Dorosz, Ewa Jeżak