EAST MOTOCROSS CUP – Jak Lech, Czech i Rus o zwycięstwo w Lublinie walczyli

Dawna polska legenda głosi, że w X wieku trzech braci żyło w przyjaźni i dali oni początek trzem słowiańskim plemionom. Do dzisiaj jest ona synonimem braterstwa, dobrych relacji i wspólnoty między narodami.

Symboliczne spotkanie bratnich narodów, ale na polu rywalizacji sportowej odbyło się w ostatni weekend w Lublinie, gdzie po raz pierwszy od dawna na zawodach MX w Polsce, gościliśmy Czechów, Słowaków i riderów z państw dawnej Rosji (Ukraina, Litwa, Łotwa, Białoruś) a nawet Hiszpanów. Impreza przełomowa, wyznaczająca nowy kierunek i nową jakość na arenie polskich wyścigów w motocrossie. Pierwsza runda nowego cyklu EAST MX CUP była jednocześnie Memoriałem im. ppłk. Zbigniewa Matysiaka, który był bardzo nietuzinkową i szczególną postacią w lubelskim MX.

GOŚCIE

Na polskie zawody, czy to drużynówkę juniorską w Gdańsku, czy Mistrzostwa Polski MX przyjeżdżali już nasi sąsiedzi, ale nigdy w takiej liczbie i takiej mnogości krajów słowiańskich. Prawdę mówiąc, byłoby ich jeszcze więcej, bo zaprosiliśmy około 50-ciu zawodników z całej środkowej, wschodniej i nie tylko Europy, ale termin lubelskiej imprezy nieszczęśliwie zbiegł się z bardzo wieloma rozgrywkami mistrzowskimi u niemal wszystkich sąsiadów i krajów bliżej położonych.

Organizatorzy z pomocą licznych sponsorów postanowili użyć sprawdzonego wabika w postaci bardzo atrakcyjnych nagród finansowych. Tą główną było okrągłe 2000 EURO, a kolejnymi 1500 i 1000 EURO, a więc było się o co bić! Mimo kolidującego kalendarza znaleźli się jednak zawodnicy z kilku krajów sąsiednich, którzy zaszczycili nas swoją obecnością. Miło było gościć na zawodach mistrzów czy wicemistrzów Słowacji, Czech, czy Ukrainy. Przyjechali Jaromir Romanćik, Martin Krć i Kuba Teresak z Republiki Czeskiej, czyli ścisła czołówka w swoim kraju i uczestnicy MŚ MXGP, MX2 a także MŚ Juniorów, oraz dwaj spośród trzech najlepszych Słowaków – Tomaś Śimko i Jakub Hruśka (jeżdżący w jednym teamie).

Teresak/Natzke

Do tego absolutny rodzynek, a właściwie to Kiwi boy z dalekiej Nowej Zelandii, mieszkający i startujący obecnie w Niemczech, czyli Josiah Natzke (również mający na koncie starty w MŚ MX2). Prócz tego Roman Morozov i Dmytro Chernov z Ukrainy, Janis Karklins z Łotwy, Białorusini Artsiom Kuntsevich i Vlad Makhnov oraz hiszpański duet-niespodzianka, czyli nasz Luis Carstens i Nil Bussot (przebywający w Polsce). Do tego jeszcze kilkoro riderów ze Wschodu w innych klasach, min. znany z zawodów strefowych Kyryło Tarasevich, czy wytrawny weteran Leon Kozlovskis, czy Adrija Skudutyte i kilkoro najmłodszych uczestników w klasach juniorskich. Nie można pominąć również starszych juniorów, wśród których na torze wystąpili Dmytro Chernov i Oleg Sergienko.

PRZEŁOM?

Lubelskie wydarzenie ściągnęło naprawdę liczną rzeszę mocnych sportowców motocrossu zza granicy, jakiej w tym kraju nie było od czasów MŚ w gdańskich Kolibkach. To bardzo dobrze, że ktoś w końcu zrobił tak międzynarodową imprezę. W dodatku był to swoisty debiut, ponieważ lublinianie dotychczas organizowali zawody rangi okręgowej, choć miały one pewien zasięg międzynarodowy.

Autografy dla kibiców

Tak mocnej obstawy w klasie PRO nie mieliśmy jednak w Polsce od lat, dlatego podkreślamy to mocno, gdyż jest to naprawdę ważne w kontekście uatrakcyjnienia dalszych zawodów. Okazuje się, że klub nie organizujący rund MP może z powodzeniem urządzić poważną, interesującą i bardzo atrakcyjną dla sportowca (solidne nagrody!) imprezę wyścigową. Ewidentnie Lublin poszedł mocno naprzód i udało mu się to, co nie udało się (jeszcze?) innym. Ściągnięcie znanych, dobrych zawodników też nie jest takie proste. Trzeba mieć czym ich przekonać, trzeba mieć kontakty, jakąś markę i poważanie, zaufanie. Trzeba po prostu być w środku tego światka międzynarodowego i znać go dobrze (tutaj znakomicie przydały się nasze, X-crossowe kontakty czeskie, słowackie i europejskie).

Przyjazd zawodnika z mechanikiem, zapleczem sprzętowym nie jest tani. O większej ekipie nie wspominając…Tym większe było więc zaskoczenie i zainteresowanie, gdy na padoku wszyscy zobaczyli kawałek wielkiego świata w postaci potężnego TIR-a teamu KMP Honda Racing, który przybył z Niemiec dzięki staraniom Luisa Carstensa (startuje w ich barwach). Elegancko wyposażone stanowiska zawodników, szyk, porządek i klasa – tak jak to jest za granicą. Do tego branding na torze, organizacja imprezy jako masowej (nie oszczędzano na tym, jak to bywa na innych naszych zawodach), ciekawy pomysł na całość, oraz bardzo aktywna i odpowiednio wczesna reklama przedsięwzięcia, również w internecie (nie na ostatnią chwilę, jak to lubiło robić środowisko gdańskie, albo “promotorzy” kadry na MXoN!). No i niesamowita aktywność i pozytywny wir w wykonaniu współtwórców wizerunku imprezy, czyli niezmordowanej ekipy BORN TO MX, której było faktycznie pełno cały czas.

TOR

Było o zawodnikach, to pora powiedzieć o torze i warunkach. Tor powstał niedawno, w miejscu gdzie swego czasu zarósł trawą i zaniedbany został Bike Park dla rowerzystów. Szkoda, że takie miejsce najpierw zostało mocno doinwestowane, a potem zapomniane. Tym lepiej, że ożyło dzięki tym zawodom, choć niestety, tylko na ten jeden weekend. Bo arena musi zniknąć. Szkoda, ale tym większe brawa, że udało się jednak takie miejsce znaleźć i wygospodarować na taką imprezę.

Babicz/Protasiewicz

Skoro tor nowy, to i jeszcze nie dość “uleżany”, ale jednak okazało się, że nie było z tym tak źle. Ciekawe, długie skoki, wielka prosta startowa i kilka mniejszych whoopsów, na których można było przetestować własne nastawy zawieszenia. I jeden mały skok, na którym w niedzielę miały miejsce decydujące dla kilku wyników susy. Filip Więckowski z ekipą pomocników wykonali kawał wytężonej, wielodniowej pracy z użyciem odpowiedniego sprzętu. W efekcie powstał tor, który choć nie należał do łatwych, przypadł do gustu gościom zagranicznym, mimo ciężkich warunków, w jakich musieli go poznawać. I właśnie owe warunki stały się pewnym wyznacznikiem przebiegu imprezy.

POGODA

Dwa dni w kapryśnym maju to było jednak ryzyko. Liczne burze i prognozowane opady w połączeniu ze zmienną tej wiosny aurą nie dawały właściwie żadnej gwarancji. Trzeba było jednak zmierzyć się z tym, co los da. Przebieg pogody podczas lubelskiej imprezy pokazał jednak najdobitniej jak ważne są w sporcie i organizacji dwie cechy: cierpliwość i wiara.

O ile sobotnie zmagania wystawiły zawodników i zawodniczki na ciężką próbę sił i niezawodności maszyn (ciężkie błoto, opady deszczu), to niedziela okazała się zupełnie inna niż wielu sądziło. Padający z początku sobotniej nocy deszcz jednak ustał, a pochmurny niedzielny poranek począł zmieniać się z groźnego, na coraz to jaśniejszy, aż do pięknej pogody skończywszy. I to była najlepsza niespodzianka, jaką los wyszykował Lublinowi! Już przed południem zaczęli pojawiać się kibice, w niejedno serce wstąpiła nadzieja, że nie trzeba będzie jeździć dwóch wyścigów po śliskim błocie. I faktycznie – choć pierwsza seria wyścigów jeszcze była bardziej enduro czy mokrym cross country, to brak opadów w połączeniu z ciepłym wiatrem i coraz lepiej grzejącym słońcem spowodowały przyśpieszone schnięcie toru i druga seria była miodem dla wszystkich.

Obserwując wszystko co się działo, i słuchając opinii uczestników widać, że dobrze jest jednak na bieżąco wertować prognozy pogody i zbyt szybko nie rezygnować, nie wycofywać się. Tak jak to uczynił jeden z zaproszonych i potwierdzonych uczestników (kadrowicz reprezentacji), który w niedzielę rano z ojcem pojechał do domu… Cóż, komentarze były dość jednoznaczne, bo też nie o byle jakiego ridera chodziło i było to jednak rozczarowujące, ale mamy nadzieję, że przynajmniej drogę do domu ci ludzie mieli łatwą, czystą, suchą i wygodną. Dla odmiany pytani Słowacy mieli chyba lepsze prognozy, bo od razu stwierdzili, że biorą tor takim jakim jest i nie widzą problemu, bo wiedzą, że “ma dzisiaj nie padać”. Całkiem odmienna postawa i wypada jej pogratulować, bo proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby każdy zaczął kalkulować i wyszukiwać powody, dla których nie warto wystartować, bo jest błoto i jest ciężko. Ten ma nowy motor, tamtemu szkoda kasy na nieuchronny serwis, tamten musi się oszczędzać bo jest po kontuzji itd. Każdy by sobie coś znalazł.

A gdzie w tym wszystkim byłby duch sportu i rywalizacji? Chyba w kieszeni… Suma sumarum, cała zagranica, która przyjechała wystartowała, zmierzyła się z ciężkimi warunkami (bo przecież i na tym ten sport polega), zaś co do naszych, polskich potwierdzonych uczestników, to trzeba tu uczciwie powiedzieć, że siedmiu z OPEN nie przyjechało. Sporo… Szkoda, bo klasa PRO mogła być o wiele lepiej upakowana dobrymi riderami, mającymi przecież szansę na równą walkę. Zamiast jednak dywagować o powodach rezygnacji powiedzmy o czymś ciekawszym. Niech najlepszym dowodem na sportową i ambitną postawę będą dwaj zwycięzcy klasy OPEN – Jaromir Romanćik i Tomek Wysocki. Obaj trochę zaryzykowali, mieli bowiem po jednym motocyklu, więc albo pójdzie albo nie. W dodatku Tomek przyjechał z maszyną treningową, gdyż jego motocykl główny padł po Pucharze Polski w Olecku.

Carstens/Śimko

Kto jednak nie zaryzykuje, ten nigdy nic większego nie wygra w sporcie. Im się opłaciło. Wykonali kawał świetnej roboty i zgarnęli dwie najwyższe nagrody. Albo Karol Kruszyński. Świeżo po wyleczonej kontuzji, nie rozjeżdżony, jeszcze nie taki, jakim by chciał być. Ale twardo pojechał, bo przecież każdy taki start jest dobrym treningiem, a poza tym, ileż razy w Polsce można zmierzyć się z takimi rywalami??? Z kolei Robert Szymański z KM Cross Lublin podszedł do tematu wyjątkowo zadziornie i ambitnie. Wystartował i w klasie PRO i w klasie z licencją B. Tak samo, po cztery wyścigi jechali Filip Potasiewicz i Dawid Babicz z klubu REGA Ropczyce (klasy Junior i licencja C). OKLASKI DLA WAS CHŁOPAKI! To są prawdziwi wojownicy! Kolejnym przykładem były dzieci. Tak, dzieci jadące w klasie 65cm. One jechały jak umiały, walczyły do końca, nie ulękły się ani błota, ani kolein, nie kalkulowały. I dały piękny pokaz rywalizacji. To się musiało podobać licznej publiczności!

KIBICE

Doping było widać i słychać. Zwłaszcza dla reprezentanta miejscowych- świetnego Michała Psiuka. Lubelska publiczność nie miała jednak dotąd możliwości oglądania takiej licznej zagranicy i takiej jakości sportowej, więc widać było liczne zainteresowanie przyjezdnymi, ich sprzętem, barwami jakie reprezentują. Do tego kilku co lepszych gości wzięło udział w zaplanowanej sesji autografów, która też była jedną z atrakcji.

Przede wszystkim jednak podziękowania należą się tym kibicom, którzy nie zwątpili i przyjechali, przyszli na to wydarzenie. Nie wystraszyli się pogody i postanowili swoją obecnością wesprzeć lubelskie zawody. W niedzielę było ich naprawdę wielu i pomogli stworzyć całościowy wizerunek tego wydarzenia.

Rysiek Augustyn i jego kibice

Wydarzenia które odnotowujemy jako przełomowe, zakończone sukcesem, choć jak to mówią, zawsze coś tam mogło by być jeszcze lepiej. Ale było- zwłaszcza jak na te ciężkie przecież pogodowe warunki- naprawdę udanie i kapelusze oraz czapki z głów przed organizatorami, bo zrobili coś, co było prawdziwym wyzwaniem. Taka impreza jest pewnego rodzaju prekursorem i oby dało radę zrobić kolejne takie. Czy to w Lublinie, czy gdzie indziej. Oby też znaleźli się naśladowcy, którzy umiejętnie wykorzystają to, czym w mieście dysponują i jak najlepiej uruchomią tkwiący w ludziach i zasobach potencjał. Da się!

WYŚCIGI

Sobotnie zmagania stały pod znakiem hardcorowych, mokrych warunków. A jak mokro i ślisko to…rzecz jasna gleby! Tych nie brakowało. Do tego doszły jeszcze niespodzianki jakie wyszykował w koleinach sam tor. Np. w postaci sporego kamienia, który spowodował aż czterem riderom w klasie Junior spadnięcie łańcucha napędowego. Drugie wyścigi, na coraz bardziej mokrym torze były zwłaszcza trudną i chybotliwą przeprawą. Trzeba było używać wszystkich posiadanych umiejętności i rozsądnie dawkować gazu oraz hamulca. Piotr Szczepanek pewnie liczył na wygraną, bo był najlepszy w I biegu, ale w drugim to właśnie gleby odebrały mu szansę na końcowy triumf. W związku z tym, zawody wygrał przybysz ze Wschodu, Dmytro Chernov, przed Szczepankiem i kolejnym gościem, Olegiem Sergienką.

Juniorów startowało łącznie 19-stu, więc jest to całkiem dobra ilość jak na warunki w jakich musieli jechać. Najbardziej szkoda Michała Kuczyńskiego, który niestety po dalszym locie runął na ziemię i został uderzony własnym motocyklem (złamana noga). Życzymy rychłego wyzdrowienia i pogody ducha oraz udanego powrotu na tory. Na drugim biegunie trzeba podkreślić, że wrócił do ścigania wicemistrz Polski, Kamil Maślanka, który zajął 4. miejsce.

Klasa Junior

Dziewięć odważnych pań zmierzyło się ze sobą i z torem, by wyłonić tą najlepszą. Okazała się nią coraz szybsza i bardziej rozpędzona Wiktoria Wicińska (KM CROSS Lublin), przed Adriją Skudutyte z Litwy i Anią Oleśniewicz (WKM Wschowa). Kolejną sobotnią klasą byli Mastersi. Tam zjawiło się całe podium z MP, bowiem przed I rundą w Gdańsku była to doskonała okazja do sprawdzenia swoich (i rywali) sił. Na maszynie pojawili się więc bracia Lonkowie (Jacek i Waldemar), Paweł Wizgier i Paweł Szturomski, który wręcz szukał takiej właśnie konfrontacji, na najlepszym poziomie. Ale wszystkich chętnych do tysiąca zł. wygranej pogodził… Leon Kozlovskis, który już nie raz łamał polskie szyki na rundach MP. Wygrał on dwa wyścigi i zasłużenie zgarnął najwyższe miejsce na podium. Drugi był Szturomski (dwa razy drugi) a trzeci Jacek Lonka. Paweł Wizgier nie pojechał drugiego wyścigu (upadek). Podobnie też aż siedmiu innych, którzy oszczędzali siebie i swoje maszyny przed zajechaniem. Było naprawdę ciężko! Mastersi jechali w złych warunkach, w deszczu.

Paweł Wizgier

Szesnastu twardych śmiałków przystąpiło do rywalizacji w klasie z licencją B. Tu zwyciężył wspomniany Robert Szymański, któremu “jeszcze było mało”. Za nim na pudle stanęli Grzegorz Antoniak i Paweł Bełz. Tutaj też siedmiu riderów odpuściło sobie drugi bieg z powodu hardcorowych warunków. W tym wypadku jednak nie ma się co dziwić. Jedyny rozegrany wyścig Amatorów wygrał Kamil Porębski. Wyścigi quadów wygrał Mariusz Wlaszczyk.

Ale to niedziela miała być gwoździem imprezy, za sprawą wyścigów klasy OPEN/PRO. Czyli najsilniejszych i najlepszych. Najpierw jednak odbyły się kwalifikacje, w których najlepszy czas uzyskał…Tomek Wysocki, zaś drugi czas wykręcił tester toru- Maciek Więckowski, co natychmiast rozbudziło nadzieje na dobry wynik Polaka w tej międzynarodowej rywalizacji.

Łukasz Lonka

Trzeci czas miał Jara Romanćik z Czech, który w trudnych warunkach czuje się znakomicie, gdyż jest wytrawnym endurowcem (z brązowym medalem Sześciodniówki!). Wszystko było więc tak naprawdę kwestią otwartą, i każdy scenariusz mógł się wydarzyć. Zanim jednak w bój ruszyli profi, najpierw powalczyli z błotem i małymi jeszcze koleinami najmłodsi, w klasie Mini. Tam ambicja skrzyżowała się z mniejszymi jeszcze umiejętnościami w efekcie czego gleba glebę goniła, ale nikt się nie chciał poddać i ci mali, dzielni motocykliści wraz z rodzicami przeżywali to wszystko bardzo. Dziesiątka odważnych zakończyła swe zmagania z następującym wynikiem: 1 miejsce: Bartosz Parka (MK Czerwionka), 2. Borys Dwulat (ŁKM Łowicz), 3. Mikołaj Kacprzak (KM Stryków). Następni ścigali się “osiemdziesiątkarze”.

klasa Masters

Tam główne role odegrali Piotr Warchoł (ŁKM Łowicz), który zwyciężył lepszym drugim wyścigiem i Karol Królikowski (REGA Ropczyce, trzeci), ale co ciekawe, tuż za nimi na pudle wylądowała…dziewczyna. A konkretnie Oliwia Wiśniewska. Gdy przyszła pora na tych głównych aktorów widowiska, widzowie ciaśniej stłoczyli się przy ogrodzeniu toru i na skarpie widokowej. Byle być jak najbliżej tego co się będzie działo. Dzieci, matki, ojcowie z pociechami, młodzież, faceci lubiący adrenalinę z benzyną, starsi panowie i panie z torebkami. Po prostu wszyscy, cały przekrój Lublina.

Pierwszy start i… najlepszy okazał się w nim Łukasz Lonka! A więc podobnie jak w Olecku, niedawno na Pucharze Polski. Ale sytuację zaczął uporządkowywać Tomek Wysocki, który tylko czekał gdzie i kiedy wyprzedzić szybszych po starcie, czterech rywali. Najpierw uporał się z Krćem, potem z Śimką, jeszcze potem z Romanćikiem i wtedy przyszło do kulminacyjnego pojedynku z Lonką. Ale nie było spektakularnej, długiej walki łeb w łeb, ponieważ Tomek wykorzystał swoje atuty zdobyte za granicą i dosłownie przeskoczył Lonkę na wspomnianym, niewielkim skoku na prostej w dolnym odcinku toru. Trzeba jednak oddać Lonce, że długo ciągnął na czele i opierał się rywalom jak umiał, ale w samej końcówce wyścigu popełnił gdzieś tam błąd, który natychmiast wykorzystał Romanćik, który tym samym wyszedł na drugie miejsce. Na pierwszym sunął jednak trzymający równe, solidne i szybkie tempo Wysocki, który nie dał sobie wydrzeć zwycięstwa.

Wysocki/Romanćik

Po wyścigu Romanćik przyznał, że Tomek był zbyt szybki i nie dało się go dogonić. A więc bój toczył się między starymi kumplami z teamu JD 191, bo przecież Tomek z Jaromirem znają się doskonale z MŚ i z Mistrzostw Czech. Można rzec, że obaj mieli podobne szanse na wygraną i wyraźnie dystansowali pozostałych. Lonia był trzeci, więc podium zapowiadało się mocno polskie. Drugi wyścig pokazał jednak jak to różnie bywa w MX. Wyraźnie zmobilizował się Romanćik, ale gorszy start miał Wysocki (ok. 7-8 pozycji) i to z miejsca inaczej ustawiło przebieg jazdy. Na czele po starcie jechali Romanćik i Krć, tuż za nimi Lonka, ale Krć popełnił błędy, co zepchnęło go na dalsze miejsca. Dobrze przycisnął słowacki mistrz Śimko i rozpoczęła się znakomita walka o jak najlepsze miejsca i…jak największą kasę, która czekała na trójkę najszybszych. I ponownie Wysocki musiał gnać ile się da, by wyprzedzić jadących przed nim, bo teraz walka szła już o pełną pulę! Zaczął odrabiać straty, minął jednego, drugiego, znowu dopadł i wyprzedził Lonię w dolnej, tylnej części toru na zakręcie.

Lonka/Śimko

Bardzo dobrze i ambitnie jechał też Maciek Więckowski, który zapowiadał, że zrobi co się da, by dostać się na podium. I prawie mu się to udało, gdyż konsekwentną jazdą, zdołał wedrzeć się na 3. miejsce! Na czele Wysocki gonił uciekającego Romanćika, a kolejną zajmującą walką był właśnie bój o 3. miejsce podium. Więckowski zdołał pokonać Śimkę, który długo się opierał, a potem na dokładkę wyprzedził Lonkę, więc miejscowi krzyczeli z radości, bo ich pupil wspiął się na wyżyny i zaciekle walczył z prawdziwym tuzem polskiego MX. Ostatecznie jednak kwestię głównej wygranej wyjaśnił Jaromir Romanćik, który choć potem przyznał, że już słabł (ręce), to jednak krótszy niż zazwyczaj czas wyścigu sprawił, że nasz Tomek nie zdążył go dogonić. Trzeci na mecie Więckowski podgrzał jednak kibiców najbardziej, bo przecież jechał przed swoją publicznością. Łukasz Lonka po dobrym występie znalazł się na 3. miejscu podium, a tuż za pudłem wylądował ambitny i świetny Maciek.

Maciek Więckowski

Pechowo drugi wyścig przebiegał dla kilku gości. Krć nie był tak do końca sobą i błędy odebrały mu możliwość walki o czołowe pozycje (choć odzyskał ich sporo), zaś Carstens i Natzke mieli kłopoty techniczne i jako pierwsi nie ukończyli wyścigu. Szkoda, bo przedwcześnie odpadli z mocnej rywalizacji. Nie ukończył też wyścigu Barszczewski, ale w stadzie 450-tek robił co się da na swej “ćwiartce”. Całkiem dobrze wypadł za to Kuba Teresak. Łącznie Krć był piąty, szósty był Śimko, siódmy Morozov, ósmy Teresak. Może liczyli na więcej, ale nagrody finansowe były w klasie OPEN PRO aż do…17-tego miejsca. Pod względem klubowym, świetnie wypadł człuchowski Poltarex (Wysocki i Lonka).

Parka Family Racing Team

Po zawodowcach wystąpiły jeszcze klasy 65, 85 i OPEN C. Właśnie “sześćdziesiątki” dały piękny popis jazdy i waleczności. Dzieci tak bardzo się ścigały, że aż wypłoszyły …sarnę, która nagle wtargnęła nie wiadomo skąd na tor i wiała gdzie pieprz rośnie przed nadjeżdżającymi. Wiele było pojedynków dwójkowych, wiele emocji na trybunach. Ponownie najlepszy był Michał Psiuk, więc miejscowi mieli znowu powody do radości. O drugie miejsce walka w obydwu wyścigach toczyła się pomiędzy Erykiem Farańskim (WKM Wschowa) a Wiktorem Płodzikiem (LOBO Racing Przybyszowy). Lepiej drugim wyścigiem wyszedł z niej Eryk, chociaż do ich rywalizacji wmieszał się Olaf Olek (KM CROSS Lublin).No i ci niezmordowani dwaj bohaterowie z OPEN C – BABICZ I POTASIEWICZ (zasłużenie z dużej!). Ten pierwszy dwukrotnie wygrywał z duuużą przewagą. Podium tej klasy uzupełnił Mykoła Zhortukna. Tam też była ostra jazda, kilka gleb. Klub Rega Ropczyce może być dumny z takiej ekipy! Widać ich teraz prawie wszędzie, mają wyniki, rozwijają się. Łącznie w lubelskich zawodach wystąpiło ok. 170-ciu sportowców z 9-ciu krajów.

Michał Psiuk i jego fani

I wszystko byłoby dobrze gdyby nie pewien lokalny radny, który postanowił zrobić co się da, żeby tylko tej międzynarodowej imprezie zaszkodzić. Ale to już temat na inny artykuł. Czy znowu polskie piekiełko i “NIE BO NIE!” musi psuć coś dobrego? Tym bardziej, że zawody te miały uhonorować człowieka naprawdę godnego szacunku, którego postawa sportowa i hart ducha, oraz przywiązanie do lubelskiej ziemi i dobrych wartości, może być wzorem dla wielu ludzi. Podpułkownik Matysiak nie zasłużył na to, by próbować psuć zawody jemu poświęcone…

Jako przedstawiciele tych, którzy przybyli z daleka, informujemy, że bardzo chętnie znowu przyjedziemy na podobne wydarzenie. Informujemy też, że pytani o to wszyscy goście z Czech i Słowacji również wracają do domu zadowoleni i dziękowali za zaproszenie, wyrażając chęć ponownego odwiedzenia takiej imprezy. Czy dobra reklama tych wyścigów, oraz Lublina – z jego coraz lepszą, imponującą infrastrukturą drogową – jaką zabierają do siebie przyjezdni władze Lublina przekonuje? Mądry gospodarz cieszy się, gdy goście chwalą, zwłaszcza, że mają za co pochwalić.

klasa 65

Na koniec dodajmy, że wokół elegancko urządzonego podium zgromadził się liczny tłum oklaskujących, a liczba rozmaitych nagród i podarków od hojnych sponsorów (również pamiątkowych upominków dla dzieci!) przebijała niejeden zestaw jaki funduje się najlepszym, podczas znacznie skromniej wyglądających teraz Mistrzostw Polski. Skoro mowa o tym, to organizatorzy zaprosili też i przedstawicieli PZM (tych kierujących polskim motocrossem), ale niestety nikt z nich się nie pojawił…. A szkoda, bo ktoś z samej góry powinien zobaczyć na własne oczy, co można zrobić z zawodów jednego okręgu i regionu, gdy się naprawdę chce i mocno spręży oraz popracuje w temacie sponsorów. I wobec nieprzyznania organizacji MP Lublinowi była doskonała okazja, by przekonać się, że tenże Lublin w pełni zasługuje na taką, a nawet i wyższej rangi imprezę.

Nota jaką możemy z czystym sumieniem wystawić Lublinowi (a konkretniej klubowi KM CROSS Lublin) jest co najmniej dobra, a za pionierskość i odwagę przedsięwzięcia, oraz jego oby przełomowe znaczenie – nawet bardzo dobra. Gorąco życzymy tym ludziom, żeby kolejna taka impreza miała miejsce w najbliższej przyszłości. Miło i sympatycznie było tam z Wami wszystkimi być!

fot: Alek Skoczek, Paulina Rekik