Elektryczna rewelacja, czyli odkrywanie uroków off roadu na nowo

Za mną bez wątpienia jeden z najbardziej elektryzujących (dosłownie!) testów dla X-cross!

W miony piątek miałem okazję wziąć w obroty najnowsze elektryczne dziecko z Mattighofen, czyli model KTM FREERIDE E-XC 2018, który mówiąc wprost – pozwolił odkryć uroki off-roadu na nowo! Czy szykuje się zatem zamach na motocykle z konwencjonalnymi jednostkami napędowymi? Choć na pierwszy rzut oka nowy FREERIDE E-XC wygląda podobnie jak poprzednik, to zupełnie inna para kaloszy.

Sprzęt zyskał nowe wdzianko (czytaj okleiny), przedni reflektor oraz co najważniejsze nowe zawieszenie XPLOR 43 i… mocniejszy akumulator! Jak można wyczytać z naklejki znajdującej się na nim, jest on aż 50% wydajniejszy od poprzednika. Brzmi nieźle, ale co oznacza dokładnie owe 50%? W rzeczywistości to wydłużony czas pracy na jednej baterii do około 1,5h (wiadomo, w zależności od stylu jazdy). W trakcie testu w malowniczych Krzeszowicach w terenie spędziłem (i to nie z byle kim, bo z liderem grupy Enduro Krzeszowice – Marcinem Malczykiem) blisko 2h i powróciłem do bazy z poziomem baterii informującym o 30% procentach akuma oraz… z ogromnym uśmiechem na twarzy. Tak, dobrze przeczytaliście. FREERIDE E-XC to sprzęt, który służy do zabawy i bawić pozwala naprawdę wyśmienicie. Brak sprzęgła, brak biegów i 42 Nm momentu obrotowego zapewniające moc z każdym ruchem prawego nadgarstka – totalnie bez zaprzątania sobie głowy tematami do których przyzwyczaiły nas spalinówki. Po prostu czysty (pod kątem ekologicznym także) fun i niespotykana do tej pory możliwość skupiania się na tematach związanych z balansowaniem i aspektach technicznych!

W ciągu blisko dwóch godzin wraz z Marcinem zaliczyliśmy kilka podjazdów (a po nich jak to w trakcie normalnego endurzenia także kilka odpoczynków oraz chwil na wymianę opinii), szybszych przelotówek oraz bardziej wymagających sekcji. Teren był po naszej stronie i stworzył idealne warunki do testu każdego z trzech trybów mocy, przełączanych z poziomu futurystycznego panelu w okolicach główki ramy. Począwszy od wariantu naprawdę delikatnego, powiedziałbym zdławionego, poprzez energiczny poziom drugi, a na ostrym, motocrossowym poziomie trzecim – kończąc. Ale stop. Wracając jednak do pytania ze wstępu, to… spokojnie. Nie będę owijał w bawełnę i budował sztucznego napięcia, bo odpowiedź brzmi po prostu – nie. W każdym razie jeszcze NIE teraz. Jazda testowa nowym E-XC 2018 utwierdziła mnie w dotychczasowym przekonaniu, że elektryczne, off-roadowe jednoślady to po prostu trzecia opcja na to, by czerpać radość z jazdy po bezdrożach.

Mamy 2T, mamy 4T, więc dlaczego oznaczenie E budzi tak wielki strach? No właśnie. Tłumaczyć to może takie zjawisko jak „strach przed nieznanym”. Nowe wydaje się obce, dziwne i wzmaga podejrzenia. Stąd FREERIDE E-XC trzeba poznać i my Wam w tym pomożemy! Tak więc w sierpniu koniecznie zajrzyjcie do świeżego wydania X-CROSS’a, bo będzie szerzej o nowym FREERIDE E-XC 2018 – zarówno o plusach oraz minusach!

fot. Marcin Malczyk, Lukasz Kręcichwost