IPONE CROSS COUNTRY SERIES – Biskupice zamknęły sezon

Dobra passa jesiennych zawodów kończących sezon 2019 trwa w najlepsze. Po pięknym finiszu mistrzostw stref Północnej i Centralnej w MX, w niedzielę 27.10 równie pięknym finałem zakończyły się rozgrywki IPONE CC Series. A miejscem były znane nam już doskonale Biskupice k. Częstochowy.

Tak więc tam gdzie rozpoczynaliśmy sezon, tam go zakończyliśmy, a wspólnym mianownikiem obu imprez był…Dominik Olszowy. O Juraparku Biskupice pisaliśmy kilkukrotnie. To świetne miejsce do upalania i ćwiczeń na piachu i w leśnym terenie. Idealny off roadowy poligon dla cross country.

Dominik Olszowy

Trasa jak by ją nie konfigurować to i tak potrafi dać w kość, bo głębokie, kopne piachy i strome zjazdy/podjazdy zweryfikują wszystko. Kondychę jeźdźca i jego maszyny oraz umiejętności. Dla jednych to kolejna pojeżdżawa po lesie, dla innych kawał zdrowego funu, jeszcze dla innych kolejny egzamin i punkty do zaliczenia, a dla paru z górnej półki trening specjalny. Jak np. dla Dominika Olszowego, który znowu wpadł do Biskupic na swój “trening”. A było to tak… Przyjeżdżam do kompleksu leśnego pod Biskupicami. Od razu idę na górę, na krawędź “krateru’ w którym zawsze zlokalizowany jest start.

Widok z góry znakomity, patrząc w dół i w bok można ogarnąć spory kawałek trasy, z największymi podjazdami i zjazdami. Patrząc za siebie widać część nitki biegnącą w lesie, gdzie riderzy śmigają między sosnami. Słońce jak marzenie, ciepło, ostatnie dni pięknej, złotej jesieni. Za chwilę start, więc trzeba zająć miejsce dogodne do “strzału”. Nie wiedząc jeszcze dokładnie kto jest na dole, czekam na sygnał startu, gdy zza zakrętu, z wąskiego gardła wypadnie gromada motocyklowych napaleńców na swoich mustangach.

Ten moment jest tu nieco inny niż w motocrossie, ale też daje ten szczególny dreszczyk podniecenia, bo w sumie chodzi w tym o to samo. Jak najlepiej wystartować. Tyle że później zamiast sprintu (jak w MX) mamy prawdziwy maraton (1,5h) jazdy, z tankowaniem po drodze. Ok, słychać komendę startu i za moment odpalające maszyny! Zaczyna się zabawa. Po paru sekundach wylatuje zza drzew kilku a potem kilkunastu zawodników.

Jak zawsze kolorowi, ale tym razem jest sucho, więc wszyscy są czyści, a stroje dają po oczach. Najpierw startują ci najlepsi (to chyba dobrze, bo od razu pojadą swoje, bez przepychania się już na pierwszej pętli z wolniejszymi). Patrzę a tu grzeje dwóch na pełnym gazie. Oko skupione na kadrowaniu i umykających obiektach wyłapuje w ciągu sekundy dwóch liderów. Jeden zielono-niebieski na Sherco, a drugi cały jednolicie jasnoszary.

Mignęli mi tylko przed nosem, po czym zniknęli w lesie, a za nimi ciągnęli szybko kolejni z pierwszej grupy. Za chwilę leci ze startu druga fala uderzeniowa, więc skupiam się na nich, nie odwracając głowy na tych pierwszych, którzy po chwili śmigają mi za plecami na zakręcie na otwartej przestrzeni. W drugiej grupie ktoś tam traci równowagę, ktoś ma kontakt z innym, ale generalnie wszyscy lecą “na wariata” przed siebie.

Mimo głębokiego piachu nie ma poważnych czy groźnych gleb, każdy bowiem chce dobrze rozpocząć. Inna sprawa, że w tych pierwszych szeregach jadą ci, dla których ta jazda jest przyjemnością i przysłowiową bułką z masłem. Za chwilę kolejna linia, ale z tyłu zaczyna się coś dziać. Odwracam się i co widzę? Kłąb ludzi i maszyn. Zakotłowało się na przecince, a w kłębach unoszącego się i wzbijanego kołami piaskowego kurzu zaczynają się pierwsze gleby. Na kolejnym wjeździe w las jest bowiem bardzo wąskie gardło, z którego wjeżdża się gęsiego między drzewa.

Wjeżdża gęsiego a tu wali 4-5-ciu jeden przy drugim. Żeby ktoś mógł być pierwszy, ktoś musi albo ustąpić, albo zahamować, albo… przewrócić się. Trochę przypomina to “indyjskie zasady” ruchu drogowego, gdzie ten pojedzie pierwszy, kto jest odważniejszy (lub silniejszy). Kopci się nieźle, ale dym szybko opada. By odsłonić kolejnych jadących, którzy znowu robią następną “zadymę”. I tak kilka razy. Potem zza lasku przy starcie wyłaniają się ostatnie grupy, wśród nich mniejsze motorki kilku dziewczyn.

Na jednym z nich zasuwa zgrabnie i szybko Weronika Duraj, zdolna, szybko idąca do przodu dziewczynka, której jazda może niejednego faceta zawstydzić. Ufff! Poszli wszyscy w las, więc pora iść znowu na krawędź krateru, skąd będzie doskonały widok na teatr działań, akcji na podjeździe i pewnie na kolejne gleby, bo jest takie miejsce na szczycie podjazdu, gdzie mamy mocny skręt po hamowaniu, a tam zawsze coś się dzieje.

Albo jakiś maruder przydusił swoje moto, albo ktoś stracił równowagę, albo spotkali się dość blisko dwaj czy trzej riderzy, bo miejsca tam mało, a chętnych na szybkie “śmignięcie” czasami paru naraz. No i za moment tak właśnie się stało… Z góry widać po kilka akcji naraz. Nie wiadomo czasem gdzie podziać oczy, a najlepiej jakby człowiek miał ich ze 4 pary. Może wtedy by ogarnął wszystko co z góry widać.

Wojtek Latała

Nadjeżdżają chyba już ci najlepsi, kończąc pierwsze kółko, Z daleka widać, że ktoś jedzie jakby go sam diabeł gonił. To ten jednolicie szary! Za chwilę wpada mi w obiektyw i… widzę numer 501! Kurde, czyżby Więckowski???! Tylko co on by tu robił? Na cross country może jeszcze owszem, bo taki piach świetnie trenuje człowieka (w marcu był tu przecież sam Gaba Chętnicki) ale w Biskupicach? Wyraźny napis LEATT i dźwięk dwusuwa wyjaśnia wszystko. Tylko jeden młody facet w tym kraju z tym i tak jeździ.

Dominik Olszowy… Domiś śmignął z dołu tak błyskawicznie, że nawet mój sprawdzony na zawodach Nikon ledwo zdążył go złapać w kadr. Po prostu tak jak inni tam normalnie wjeżdżają, tak Dominik tam po prostu WLECIAŁ! Wpadł jakby się mu paliło za plecami. I zniknął zaraz w dół. A za mną słyszałem tylko komentarz kibica: “Oooo ku….a, widziałeś to???! Patrz jak ten leci, jak on jeździ!!!”… Taki był właśnie początek wyścigu CC w Biskupicach.

Radosław Rejniak

Wzięło w nim ogółem udział ze 120 zawodników, w tym kilka dziewczyn. Mało? Fakt, bywało na IPONE CC już po 200 maszyn, ale akurat na koniec sezonu niektórzy się wykruszają, a poza tym, równolegle na Podkarpaciu rozgrywano też finał sezonu Pucharu Polski Południowej, więc część maszyn startowała tam. Dzięki temu że nie było tłoku, odbył się jeden wyścig dla wszystkich klas i całość imprezy można było zamknąć w paru godzinach. Pętla była tym razem nieco inna, co było zapowiadane przez organizatora, także nie należało lecieć na pamięć, ale dobrze patrzeć przed siebie.

Mariusz Kubat

Tyle że nie brakuje tam riderów, którzy często startują w tym miejscu, więc trzeba było sobie “wybić z głowy” biskupickie nawyki. Łatwo powiedzieć, czasem trudniej wykonać. Może nie wszyscy czytali uwagi organizatora przed zawodami? Tak czy siak, warunki były wyśmienite, nie było niemal nigdzie głębokiego cienia, słońce wdzierało się w las oświetlając prawie wszystko a brak chmur powodował dobre naświetlenie przecinek, wąskich pasaży i wszelkich krzaków, patyków, korzeni.

Prócz trasy pewna różnica tkwiła też w samym piasku. W marcu, gdy rozgrywa się tam co roku pierwsza runda CC piach jest cięższy, bardziej osiadły i nieco mokry po zimie. Teraz był on bardzo suchy, sypki i lekki. A to powodowało owe miejscowe “zadymy”. Co mnie jako fotografa rzecz jasna bardzo ucieszyło, gdyż dawało świetne efekty specjalne w postaci kłębiących się tumanów podświetlanych przez ostre promienie słońca. Po fatalnych wrażeniach pogodowych z MXoN w Assen takie warunki były jak wymarzone. Wróćmy do samego wyścigu. Piachy i dziury biskupickiej leśnej pustyni nie odstraszyły czołówki cyklu i gości od pokazania dobrej, solidnej jakości.

Widać było zwłaszcza na zakrętach kto jak czuje się w takim podłożu i czy wychodzi z zakrętu z gazem czy bez gazu. No i ten widok gdy Werka Duraj wychodząc z zakrętu 180 stopni wyprzedza dwóch dorosłych chłopów jadących przed nią. Śmignęła i tyle ją widzieli… A motocykl i zawodniczka mniejsze i słabsze. Na drugim biegunie weteran tras Tomek Zych, którego spotkałem już i na Mistrzostwach Słowacji i na strefie i teraz na CC. Chyba prościej powiedzieć gdzie go nie ma… Jeździ prawie wszystko i nie ma dość. I to jest piękne, jak ta symbioza człowieka z motocyklem i off roadem trwa latami. Dając radość, ruch, kondycję i zdrowie. Oraz napędzając u człowieka chęć do wysiłku.

Kibic widząc to też często nie pozostaje obojętny. Coraz więcej ludzi nie stoi w miejscu, lecz dużo chodzi po trasie, przemieszcza się, szuka co ciekawszych miejsc. I o to chodzi bo wszak ruch to zdrowie! Pięknie się oglądało nie tylko te leśne “śmignięcia” w piachu czy w ciasnocie między drzewami. Widok na złote piaski w dole i zasuwających tam zawodników też był interesujący. Na otwartej przestrzeni w kraterze można sobie było nieco poszaleć, odkręcając mocno manetę. Niejedno wyprzedzanie i niejedno ściganie z jadącym obok miało miejsce. Kilka maszyn nie wytrzymało i “zdechło”. Kilku riderów nie ukończyło więc jazdy, sporo było gleb “na miękko”, a na wspomnianym szczycie podjazdu oczywiście kilka razy (głównie z początku) robił się mały kociołek.

A więc było po… biskupicku. W zawodach wzięło udział kilka twarzy dobrze pamiętanych z BESKID HERO i innych imprez. W trakcie sezonu wyrosło kilka pierwszoplanowych postaci, które z rundy na rundę coraz mocniej podkręcały rywalizację i podnosiły jakość. Przede wszystkim Wojtek Latała. Ten zawodnik spod Jeleniej Góry ma coraz ciekawszą “kartotekę” a seria IPONE CC dobitnie pokazuje jego jakość. Niewiele za nim jest Mariusz Kubat, którego można spotkać na niejednych zawodach. Inni znani już z tych czy innych wyścigów (enduro i MX) zawodnicy tacy jak Rafał Szymański, Justyn Janas, Wojtek Adamczyk, Dawid Danek tworzą też dobry poziom zawodów w których uczestniczą.

Niektórzy faktycznie jeżdżą po 2 a nawet 3 cykle zawodów, startując w nie jednej lecz 2-3 dyscyplinach pokrewnych. Jak się to przydaje najlepiej pokazuje przykład Olszowego. Szybkość wytrenowana w motocrossie daje szybkość i pewność na trasie, która gdy pozbawiona jest przeszkód typu hard czy super enduro, pozwala rozwinąć skrzydła i pokazać swoją wszechstronność. Dla odmiany ci, którzy z CC czy hard enduro próbują sił w klasycznym motocrossie, potrafią nieźle dostać w kość, gdyż rozłożenie sił i utrzymanie szybkości wyglądają tam całkiem inaczej. Olszowy na trasie w Biskupicach był bezkonkurencyjny i jako jedyny “machnął” 11 okrążeń.

Sama szybkość to jedno, ale wrażenie na wszystkich robi jego technika jazdy. I to jest świetna rzecz, że mamy takiego młodego i zdolnego chłopaka, który ma szansę pójść w ślady Błażusiaka i zdobyć niejedno poza krajem. A udział takiego ridera w zawodach takich jak CC w Biskupicach daje pozytywnego kopa wielu. Mobilizuje, nakręca, skłania do nie tylko podziwiania ale czasem naśladownictwa. Nie jest to jednak proste, ponieważ wymaga tak naprawdę przejścia na zawodostwo, czyli…poświęcenia się w całości wybranej dziedzinie. Ponieważ jednak nie każdy może sobie na to pozwolić, więc w większości chodzi tu o dobrą, sportową zabawę i oddawanie się swojej pasji.

 

I biskupicka impreza tym właśnie była, co najlepiej podsumowuje to wydarzenie. Z założenia miała być finałem sezonu i ostatnia okazją do rywalizacji, spotkań w środowisku i właśnie dobrą zabawą na trudnych, leśnych piachach. Udało się to wszystko ładnie, w depo i wokół ogniska a także w wielkiej leśnej szopie obok biura atmosfera bardzo pozytywna. Kiełbaski pewnie też dobre, bo z ogniska, ale bufet serwował też inne jadło, więc kto był głodny mógł się nasycić. Były więc same pozytywne wrażenia, bo też i aura wszystkim sprzyjała, więc taki koniec sezonu cieszy chyba każdego.  A nagród na podium? Sporo, naprawdę sporo! Pokaźny stos nowiutkich opon robił wrażenie. Do tego “smarowidła” motocyklowe, zestawy kosmetyków i vouchery, a nawet masaże (tyle że poza zawodami). Organizator przygotował więc nie tylko trasę i ceremoniał oraz elektroniczny pomiar czasu (casomira.eu) ale właśnie także sporo nagród rzeczowych. Maciek Brawata stojący za całym cyklem wraz z Patrycją Komko i osobami wspierającymi (głównie z Panda Racing) zrobili kawał solidnej, dobrej pracy, dzięki czemu cykl IPONE CC Series ma się całkiem dobrze, a na dodatek są plany pójścia dalej, w szersze kręgi. Tak w ogóle, to Maciek zagrał w Biskupicach niczym człowiek orkiestra. Sam startował, wywalczył w sezonie kilka podiów, więc stawał w niedzielę kilka razy na pudle, a prócz tego pilnował jeszcze wszystkiego i rozdzielał nagrody dla najlepszych. Właśnie takich ludzi polski motocyklowy off road bardzo potrzebuje i oby inni (zwłaszcza młodzi!) brali przykład, by chętniej wspierali takich ludzi czynu i własnymi rękami czy dotacjami sponsorskimi budowali coraz lepszą jakość zawodów sportowych. Nie brak bowiem ludzi zdolnych, zaangażowanych. Brak często rąk do pomocy…

Wyniki ostatniej rundy: Klasa E1: Dawid Danek, 2. Szymon Kuś, 3. Radosław Rejniak. Klasa E2: 1. Rafał Szymański, 2. Hubert Hyła, 3. Roman Stawieraj. Klasa E3: Radosław Mrozik, 2. Wojciech Sikora, 3. Adam Kopa. Klasa PRO: 1. Dominik Olszowy, 2. Wojciech Latała, 3. Mariusz Kubat. Klasa Masters (45+): 1. Arkadiusz Mirecki, 2. Andrzej Kafel, 3. Robert Soćko. Klasa Kobiety: 1. Weronika Duraj (jadąca z patronatem X-CROSS), 2. Michaela Karpisz, 3. Julia Morgała. Wszystkim gratulujemy trudnej przeprawy przez piachy.

Na koniec kilka wypowiedzi wybranych zawodników.

Wojciech Adamczyk (E2): Trasa bardzo fajna, urozmaicona, ale inna niż poprzednio i paru riderów jednak pojechało na pamięć, więc nie wiem czy się potem wracali, czy skracali trasę. W niektórych miejscach trochę mocno się kurzyło, ponieważ ten piasek był inny niż w marcu, bardziej suchy, lekki. A moja jazda? Słaby start i dopiero od połowy dystansu zacząłem nabierać dobrego rytmu i szybkości. Trasa była w mojej ocenie bardziej dla tych, którzy lubią techniczne przejazdy, zakręty, podjazdy, wąskie przejścia między drzewami. Jak ktoś lubi jazdę po szerokim, szybkim to tym razem nie miał za wiele takich miejsc. Było więc tym razem, w porównaniu do poprzednich zawodów tutaj nieco wolniej z jazdą. Jedyna uwaga do organizatorów jest taka, żeby na przyszłość nie zostawiać ostrych, odłamanych kikutów gałęzi w stronę toru, bo ktoś może się na nie nabić. W paru miejscach widziałem takie rzeczy. Poza tym impreza bardzo udana i fajne zakończenie sezonu.

Dominik Olszowy (PRO)Przyjechałem tutaj po raz drugi w tym sezonie dobrze potrenować. Trasa jak zawsze fajna, wymagająca skupienia i koncentracji przy szybkiej jeździe. Bardzo dobrze mi się jechało, dobrze się czułem i co najważniejsze starałem się jechać wszystkie okrążenia podobnie wysokim, szybkim tempem, co było dla mnie priorytetem w tym starcie. Motocykl spisywał się bardzo dobrze (była to pierwsza wspólna praca Dominika i jego mechanika Sławka Wilka), także cieszę się, że po niezbyt udanej zasadniczej części sezonu i kontuzji oraz niedawnej przygodzie z dłonią w Hiszpanii wracam do dobrej jazdy. Ważne jest to, że po przerwie wsiadłem na motor i jestem w stanie pojechać jeszcze lepiej i szybciej niż poprzednio tutaj, zatem postęp jest i to mimo tych komplikacji na WESS. Teraz przede mną Sześciodniówka a potem MŚ w Krakowie. Szerszą rozmowę o najbliższych planach Dominika (zwłaszcza w kontekście MŚ w Krakowie) przeczytacie niebawem na naszej stronie www.

Wojtek Latała (zwycięzca całego cyklu i drugi rider w rundzie finałowej (PRO): Dzisiaj tak na zakończenie sezonu dostałem solidny wpi…dziel. Cały czas praca, praca, praca i trzymanie gazu, bo trasa wymagająca a ja aż tak nie kocham tego piachu i tak naprawdę to był to dopiero mój drugi start na piachu w tym roku. Wcześniej jechałem tylko na Charlottcie. U nas po prostu nie ma gdzie trenować na takim podłożu, więc prócz wyścigu była to dla mnie jakby nowość i jednocześnie trening z nauką. Ale cieszę się z dobrego zakończenia i że wszystko poszło mniej więcej jak trzeba i mimo problemów na początku tego sezonu zostałem jednak finalnie zwycięzcą cyklu.”

Maciej Brawata (organizator cyklu): Cieszę się z tego, że wszystkie rundy nam wypaliły. Cykl zakończony udanie, ale każda z tych rund była inna, więc całość mieliśmy zróżnicowaną. Tu w Biskupicach wiadomo – piach, którego gdzie indziej nie było. Mamy pewne plany na kolejny sezon, będziemy dążyć do poszerzenia współpracy i poszukiwać nowych organizatorów. Na dzisiaj cieszymy się że nie było poważnych wypadków, że pod względem bezpieczeństwa sezon u nas przebiegł bardzo pozytywnie. Na frekwencję nie narzekamy, więc jak na razie jest dobrze i chcielibyśmy, żeby było jeszcze lepiej. Dzisiejsza impreza nam wyszła naprawdę dobrze i myślę, że zawodnicy nie mają powodów do narzekania.

Podsumowanie całego sezonu IPONE CC, którego patronem medialnym był X-cross w najbliższym czasie. Przypomnimy poprzednie rundy (zwłaszcza debiutujące Ziębice i kopalniany Szymiszów) oraz przedstawimy opinie dwóch czołowych postaci cyklu.