Jeszcze trójka nie zginęła… AMA SX Arlington

… póki Tomac na motorze tory AMA orze. W teksańskim Arlington znowu mieliśmy festiwal niespodzianek, w którym z jednej strony brylowali najwięksi pechowcy klasy 450ccm, a z drugiej doszło do wielkiego otwarcia rywalizacji w grupie wschodniej w klasie 250ccm. Zakończyła się też niestety świetna passa Justina Barcii.

KLASA 250

Nareszcie odpalili swoje stalowe mustangi jeźdźcy Dywizji Wschodniej! Na starcie stanęli wszyscy najlepsi, z mistrzem sezonu 2017 Zacharym Osborne. Już kwalifikacje pokazały, że będzie bardzo wyrównany bój wśród czołówki i wszystko jest możliwe. Cała pierwsza ósemka najszybszych to kandydaci do podium. Przy tak ostrej konkurencji najlepszym okazał się Martin Davalos, ale już drugi był Dylan Ferrandis (obecnie jeździ z numerem 24 a nie 108). Francuz po bardzo dobrym ubiegłorocznym debiucie w SX i MX na amerykańskiej ziemi przyłożył się jeszcze mocniej do przygotowań i jest całkiem możliwe, że pójdzie w ślady Marvina Musquina. Żeby tak jeszcze tylko nie wykluczał się niepotrzebnymi kontuzjami przed najważniejszymi startami (np. w MXoN) to byłoby już całkiem super. Tym trzecim w kwalifikacjach był sam Zach Osborne, kandydat na mistrza. Dalej Decotis, J. Martin i niesamowicie waleczny, twardy zawodnik RJ Hampshire, którego popisy w Grand Prix USA (MXGP) w Jacksonville być może niektórzy jeszcze pamiętają, a jeżeli nie- to radzimy zobaczyć TU

Ten chłopak wyrasta na jednego z najlepszych riderów młodszego pokolenia. Main Event rozpoczął się od dramatycznego, krótkiego i gwałtownego lotu kilku zawodników na pierwszym wirażu. Najpierw jeden padł jak ścięty kosą, a za nim pozostali (chyba z sześciu ich tam było). Niestety upadli min. ci, którzy mieli odgrywać kluczowe role. Przede wszystkim Davalos, najlepszy w kwalifikacjach i w Heat Race. Mało tego leżał i Ferrandis, i Jordon Smith! To dlatego czołówka była zupełnie “nieplanowana”, a utworzyli ją RJ Hampshire i Cantrell! Osborne niedaleko z tyłu, jednak szybko znalazł się na dogodnym do ataku trzecim miejscu. Kto jednak myślał, że teraz Zacharemu pójdzie już jak po sznurku srodze się zawiódł, bo sznurek się zerwał, zaś Osborne nieoczekiwanie upadł. Oczywiście sporo przez to stracił, jednak przynajmniej szybko się pozbierał i ruszył do odrabiania strat. Wygląda jednak na to, że nawet takie nieplanowane postoje mu nie przeszkadzają, bo zamienił odrabianie straty na wyścig po… zwycięstwo! To oznacza, że jest w stanie nie tylko narzucić świetne tempo, ale i do końca rozegrać wyścig po swojej myśli. Jak na mistrza przystało.

Owszem, pomógł mu (na swoje nieszczęście) w tym zwycięstwie Hampshire, który miał znakomitą okazję wygrać jako lider wyścigu, ale Osborne wie co robić z przeszkodami stojącymi na drodze do wygranej. Gdy już uporał się z wolniejszymi i dobił do prowadzącej dwójki (Hamphire/Cantrell) począł tak naciskać, że niemal wymusił na nich jazdę na krawędzi błędu. I te błędy nastąpiły! Najpierw upadł Cantrell, potem Hampshire, który w ten sposób zaprzepaścił wielką szansę. Osborne mimo kłopotów wygrał, a na podium dołączył do niego niespodziewanie Colt Nichols. Trzeci przyjechał James Decotis. Najgorsze, czwarte miejsce przypadło w udziale RJ Hamphire, jednak spokojnie bo ten chłopak jeszcze nie raz nas mile zaskoczy. Tragicznie ułożył się ten początek sezonu dla zwycięzców kwalifikacji: Ferrandis był dopiero 18., Davalos – ostatni! Pierwsze rozdanie punktów mamy z głowy. Teraz czeka nas 7 rund walki w Dywizji Wschodniej i finał klasy 250 w Las Vegas. Korzystając z możliwości zapytania Tomka Wysockiego o Jordona Smitha, z którym na co dzień się widuje dowiedzieliśmy się, że Jordon był i dobrze przygotowany i naprawdę zmotywowany do walki o podium. Niestety po wspomnianej glebie wiele już nie mógł wywalczyć. Motywacji po niepowodzeniu jednak wcale mu nie ubyło i w kolejnych rundach będzie cisnął na maxa! Zawodnik ma świadomość, że główną przeszkodą na drodze do celu będzie nie kto inny jak Zach Osborne. Czy Wschód podobnie jak Zachód obędzie się bez dramatów i wpadek najlepszych zawodników? Na tę odpowiedź musimy poczekać do samego końca.

KLASA 450

Jeźdźcy królewskiej klasy mają dla odmiany ciąg dalszy niemiłych niespodzianek. Oto do listy nieszczęśników dotkniętych pechem i kontuzjami dołączyło kolejnych dwóch. Najpierw wypadł z gry Joshua Grant (Kawasaki, kolega Tomaca). Podczas jazd treningowych doszło do urazu nogi i Granta na starcie finału zabrakło. Kolejną ofiarą Arlington był tak podziwiany od startu mistrzostw Justin Barcia, który jednak w ostatnich rundach zaczął jechać w dół. W Heat Race przeciągnął jeden ze skoków i nie wyrobił się z następnym, potrójnym. Skutek był taki, że na rękę najechał mu Bowers.

Doszło do pęknięcia kości, na szczęście nie jest to nic poważniejszego, ale już oznacza kłopoty i może mieć wpływ na jazdę. A więc bandaże zamiast punktów. Justin zapowiada, że wróci do walki jak najszybciej. Z kolei ekipa zielonych pozbawiona jednego ridera scedowała wszystkie siły i dobrą energię na Eli Tomaca. I słusznie, bo okazał się najlepszy w kwalifikacjach, ledwie w tydzień po fatalnej dla niego rundzie w San Diego. Zielony team chyba musi uczęszczać do psychologa, albo ma go w swoich szeregach, bo po takich batach jakie w tym sezonie dostają (zwłaszcza w Oakland gdzie i Grant i Tomac przepadli) jest ciężko jeszcze wierzyć w sukces. Ale nie po to mają u siebie Tomaca by się poddawać, lecz by walczyć. Poza Tomacem najlepsi w kwalifikacjach byli: Webb (dawno nie widziany tak wysoko), Anderson i Musquin. Finał rozpoczął wyśmienicie Tomac! Holeshot i prowadzenie, którego nie oddał już nikomu. No nareszcie! Tylko czemu te świetne wyścigi przeplata tyloma wpadkami??? Drugi jechał Anderson, niestety w momencie gdy wszyscy myśleli, że zaatakuje lidera, w zakręcie go chyba nieco zakręciło i Anderson upadł. Strata był dosyć spora.

Na jego miejsce wskoczył Musquin, ale jego jazda była znacznie wolniejsza od Tomaca. Na trzecim miejscu znalazł się Baggett i taki stan rzeczy utrzymał się aż do mety. Tak więc zwycięzca Eli Tomac znowu udowodnił, że raz jest pod wozem, ale potem na ten wóz znowu wraca. Zanotował 16-te zwycięstwo w karierze i ciekawi jesteśmy, na ile uniknie dalszego komplikowania sobie i teamowi życia. Pozbawiona dwóch riderów ze ścisłej czołówki stawka znowu się przemieszała, a z góry tabeli wylecieli Roczen i Barcia. Skutek tego jest taki, że po Arlington Anderson jest nadal liderem ze sporą przewagą, drugi jest już Seely, trzeci Baggett, który traci do Seely’ego ledwo 4 punkty. Dziesiąty Tomac traci do drugiego Seely’ego równo 34 pkt. Czy to wiele? I tak, i nie. Rund pozostało jeszcze sporo, wszak półmetku nawet nie ma, ale najciekawsze jest to co zrobią rywale, których paru na pewno jest jeszcze do “łyknięcia”. Limit pecha też jeszcze nie jest na pewno zamknięty, więc… życząc wszystkim świetnej walki i zera kontuzji pamiętajmy, że tutaj zawsze wszystko się może jeszcze zdarzyć.

Na koniec trafna wypowiedź jednego z dawnych mistrzów na temat sytuacji w klasie 450. To co się tutaj dzieje wygląda jak wariactwo. Co chwila jakiś faworyt przestaje nim być, albo ma duże kłopoty. Gdyby giełda miała tutaj cokolwiek obstawiać padłaby po miesiącu. Ale na tym polega zarówno trudność jak i piękno tego naszego supercrossu! Nigdy nie wiesz co będzie! Tak więc emocji nikomu nigdy nie zabraknie. Kolorowa karawana supercrossowa przeniesie się teraz na ciepłą Florydę do Tampa. Na ile ciepły klimat komu się przysłuży, przekonamy się już w sobotni wieczór.

Fot. KTM, Husqvarna, Monster Energy