Kadra Holandii na MXoN – gospodarze, a także faworyci?

W poniedziałek 19 sierpnia zaprezentowano drużynę holenderską na Motocross of Nations, która to impreza odbędzie się w ostatni weekend września na sztucznym torze w słynnym Assen.

Skład kadry to: Jeffrey Herlings, Glenn Coldenhoff, Roan Van de Moosdijk i Calvin Vlaanderen. Sprawa jest interesująca z aż trzech przyczyn. Po pierwsze Holendrzy pojadą u siebie, na torze pasującym do ich techniki jazdy w miękkim podłożu i tutaj mają aż trzy asy atutowe: Herlingsa, Coldenhoffa i Moosdijka. Mało która drużyna dysponuje aż trzema świetnie jeżdżącymi w piasku zawodnikami, więc to już ustawia ich w gronie faworytów do walki o podium. A gdy dodamy do tego spodziewane wsparcie licznej widowni, która na pewno przyjdzie dopingować swoich, można się spodziewać, że tym razem to drużyna Oranje wystąpi w roli kandydata do zwycięstwa. Po drugie, Holendrzy mają coś czym dysponuje jedynie kadra francuska. Potężną podbudowę mentalną, która opiera się na ich miażdżących konkurencję (nawet Francuzów) wynikach jakie ostatnio uzyskali w Red Bud, na poprzedniej edycji MXoN w USA.

W ostatnich latach rzadko się zdarza, by riderzy jednej drużyny wygrali wszystkie 3 finały, a Holendrzy właśnie to uczynili i tylko złośliwy pech Calvina Vlaanderena, który z powodu uderzenia w oko nie mógł kontynuować jazdy, pozbawił ich zwycięstwa i pucharu dla najlepszej drużyny świata. Po trzecie nie jest jeszcze znane, kto będzie tym trzecim w kadrze, który faktycznie pojedzie w klasie MX2. Moosdijk czy Vlaanderen? Jest wielce prawdopodobne, że poznamy to nazwisko po Grand Prix Szwecji, gdzie Van de Moosdijk będzie zaciekle walczył o tytuł mistrza Europy w EMX250 w najbliższy weekend. Jeśli zdobędzie tytuł, prawdopodobnie to jego wyznaczy się na trzeciego, bowiem Vlaanderen nie wydaje się być w pełni swych możliwości, zaś Moosdijk przeżywa prawdziwy renesans formy i ma czysty sezon, pozbawiony kontuzji. Po tym co pokazał na miękkim torze w trudnym i nieobliczalnym Kegums, wydaje się być pewniejszym punktem drużyny na torze takim jak Assen. Zagadką i to wielką jest i będzie jednak forma Herlingsa, który miał niedawno drugą przymusową przerwę z powodu kontuzji tej samej kostki w nodze, którą złamał z końcem zimy.

Holender już rozpoczął treningi, o czym powiedział nam Glenn Coldenhoff, ale pytanie ile formy odzyska w ciągu ponad miesiąca czasu? Pewne jest to, że Herlings podobnie jak wcześniej, najpierw wybiera się na ADAC (wtedy do austriackiego Moggers, teraz do niemieckiego Bielstein), by zmierzyć się w bezpośredniej walce na torze z rywalami. Historia się więc trochę powtarza, a w Kegums na własne oczy widzieliśmy do czego jest zdolny Herlings jadąc z pękniętą kostką w nodze. Przeciwwagą jest znakomita forma Coldenhoffa, który dopiero co w Imola, podczas rundy MŚ pokazał znakomitą dyspozycję na bardzo zdradliwym i nieprzyjemnym torze, wygrywając Grand Prix po raz pierwszy od 4 lat i to w stylu dostępnym tylko dla najlepszych. Wydaje się więc, że Glenn wrócił do swej najlepszej dyspozycji, po poważnej kontuzji kręgosłupa jaką odniósł z końcem jesieni, która wykluczyła go z treningów również na kilka miesięcy. Obaj rekonwalescenci są więc po podobnych przejściach i obaj zrobią wszystko by odbudować i przygotować jak najlepszą formę. Tajemnicą poliszynela jest bowiem fakt, że to Holendrzy mają od jakiegoś czasu wielką chrapkę na zdobycie najważniejszego trofeum- Pucharu Chamberlaina.

Chcą przełamać niesamowity monopol Francuzów i co najistotniejsze, wiedzą jak i mają kim tego dokonać. Udowodnili to już zresztą w Red Bud i nikt nie miał wątpliwości kto łącznie był tam najlepszy. Trzy wygrane i wielkie lanie jakie sprawili Amerykanom musiały zrobić wrażenie na każdym. Tym razem nie dość, że Holendrzy mają atut własnego podwórka, to na dodatek sprzyja im tor. Tor niezwykle ciężki, specyficzny, z rzadko spotykanego piasku, który odstraszył min. paru Amerykanów a nawet samego Ferrandisa, a więc zawodnika zwycięskich trójkolorowych. Francuz nazwał go najgorszym diabelstwem na świecie a jazdę tam czymś, czego absolutnie nie chce przeżywać i brać w tym udziału. Słowa Ferrandisa musiały dać do myślenia przede wszystkim Amerykanom, u których Dylan obecnie przecież startuje w motocrossie i supercrossie. Skoro Europejczyk nawykły do startów w piasku i na europejskich torach tam nie chce jechać, to co mają powiedzieć Amerykanie, nie jeżdżący na czymś takim i w dodatku ci sami Amerykanie, którzy dostali takie baty na swojej ziemi rok temu?

Szybko okazało się, że kilka największych gwiazd również nie zdecydowało się na udział w kadrze USA (zwłaszcza Tomac!), tłumacząc się podobnie jak Ferrandis przygotowaniami do sezonu SX. Cóż, taka wymówka wydaje się najpoważniejsza i sensowna, bo tak jak dla hokeistów w Ameryce Puchar Stanleya jest często ważniejszy od olimpiady czy MŚ, tak i Supercrossowe MŚ w USA są ważniejsze dla większości Amerykanów (albo startujących tam Francuzów) od trofeum drużynowego mistrzostwa świata. Wygląda więc na to, że w Stanach nieco zmieniły się priorytety i dominuje tam to, co wiąże się ze specyfiką tamtejszego rynku sportowego i znaczeniem jakie ma SX. Amerykanie wystawili więc zespół w większości oparty na ekipie Husqvarny Rockstar Energy (Anderson, Wilson), tyle że akurat ci chłopcy niekoniecznie zaliczą ten sezon (w MX i SX) do szczególnie udanych (kontuzje i długa przerwa Andersona, oraz jego klapa w sezonie SX, plus kontuzja i przerwa Wilsona). W związku z powyższym Holendrzy, mimo że też po przejściach i też mający dwóch rekonwalescentów (w zasadzie nawet trzech gdy policzymy zimową kontuzję Coldenhoffa), mają naprawdę realne szanse znowu pobić Francuzów. Zobaczymy jak potoczą się losy ekipy Francji, która kilka lat z rzędu była nękana przymusową zmianą składu, z powodu kontuzji riderów MX2, ale jednak i tak wygrywała. Francuzi mają dwie główne siły uderzeniowe w MX1 (Paulin i Febvre) oraz młodą rewelację sezonu MX2 – Toma Vialle. Holendrzy dysponują podobnym potencjałem, a w dodatku ów diabelski piach i całkiem odpowiada i zarówno Glenn jak i Jeffrey już pokazali w Assen jak świetnie sobie tam radzą. Stara prawda mówi, że aby się liczyć na poważnie w tej rywalizacji, trzeba mieć przynajmniej dwóch mocnych riderów w klasie MX1. O tej prawdzie zapominali ciągle nasi krajowi pseudo informatorzy motocrossowi i rozmaici fantaści, którzy z tylko jednym wyjeżdżonym na torach MXGP riderem chcieli nas widzieć w finale A.

Cóż…jedni żyją mrzonkami, drudzy chodzą twardo po ziemi, ponieważ umieją spojrzeć w oczy realiom. Jak to wszystko faktycznie będzie z Holendrami i innymi, to pokaże weekend 28-29 września. Bo jak to w motocrossie… wszystko się może zdarzyć. I przed samą imprezą i w jej trakcie… A oto co w kwestii formy przed MXoN powiedział nam w Imola Glenn Coldenhoff: Myślę, że wygląda to całkiem dobrze. Moja jazda na tym dość trudnym i przede wszystkim technicznym torze tutaj (w Imola) pokazała, że potrafię znowu być szybki, jestem sobą i daję z siebie maksimum swoich możliwości. W ubiegłym tygodniu trenowaliśmy z Jeffreyem i wyglądało to naprawdę solidnie, osiągaliśmy dobre czasy, choć jak zwykle jego nie satysfakcjonujące tak do końca. Myślę, że znowu mamy mocną, dobrą drużynę. Moje zwycięstwo tutaj daje również więcej wiary w siebie, ale przede mną teraz GP Szwecji, gdzie po występie w Imola będzie większa presja. Jadę tam by spróbować znowu wygrać, chciałbym tego. Takie sukcesy przed najważniejszą imprezą roku pomagają, dodają kopa. Jako drużyna czujemy się mocni, znamy nasze możliwości i możliwości rywali, więc nie tyle będziemy się czuli jako faworyci w Assen, co raczej pojedziemy swoje, to najlepsze podobnie jak to było rok temu. Sądzę, że mimo dużej presji jaką tam jednak będziemy odczuwali – bo nasi kibice będą na naszym torze oczekiwali chyba jednak wygranej – jesteśmy w stanie walczyć co najmniej o podium. A jeśli nie popełnimy żadnych większych błędów i nic się złego nie wydarzy, to kto wie gdzie zajdziemy….

Zatem do zobaczenia w Assen, z Glennem, Jeffreyem i wszystkimi innymi zawodnikami. A czy do zobaczenia z Polakami? A któż to w ogóle wie, skoro jak zwykle w temacie jedna wielka cisza? Czy będzie znowu pobudka za pięć dwunasta, czy nie będzie żadnej pobudki i znowu po cichu temat naszego udziału rozejdzie się w czasie i po kościach, bez szkody dla wizerunku PZM ? Całe szczęście, że nie brakuje normalnych federacji, które dbają nie tylko o swoje finanse, ale również, a nawet przede wszystkim o wyniki sportowe i jakość swoich reprezentantów oraz normalny, jawny przekaz publiczny i medialny swoich poczynań. Nie pozostaje nam chyba nic innego, jak tylko podziwiać ich sprawność i jakość działania.

fot: Alek Skoczek