Przeklęte Matterley, liczne kontuzje, niezatapialny Herlings i polski knock-out

1645

Matterley Basin k. Winchesteru na południu Anglii. Miejsce owiane sławą wielkich wydarzeń w motocrossowym świecie. Tor wyjątkowy już przez samą swoją długość (prawie 2km!).

Do tego bardzo długi start, szeroki pierwszy łuk, niesamowicie długie skoki, dalekie jak mało gdzie na świecie loty i kilka naprawdę długich prostych, na których każdy daje „gaz do dechy”. Ale ten spektakularny tor ma także swoje drugie oblicze, bardziej mroczne i brutalne o którym wkrótce. Zaczęło się źle już w sobotnie przedpołudnie, gdy Kojs startujący w EMX 250 skręcił kolano. Szkoda, bo Damian przecież dopiero zaczyna szkołę europejskiego MX, tymczasem co jakiś czas pojawiają się „schody”.

MXGP

W Matterley panowała piękna, słoneczna pogoda i to przez cały weekend. Riderów po południu ścigających się w EMX250 słońce wręcz raziło po oczach. W wyścigu Weteranów, walczących tu o swój Puchar Świata VMX (są to ich MŚ-jedna, coroczna impreza) doszło do nieprzyjemnego i groźnego upadku ojca Maxa Anstie. Mervyn, kawał żywej historii brytyjskiego MX, jadący-a jakże-z numerem 99, najpierw zaliczył lekką glebę, by po kilku dalszych zakrętach nie dolecieć skoku. Upadek, parawan służb ratunkowych, nosze, karetka i szpital. Wielki pech doświadczonego ridera, który przecież zna to miejsce wyśmienicie! Najgorsze jednak nastąpiło w niedzielę.

Najpierw rano, w drugim wyścigu Weteranów, tuż po starcie, przy pit lane wypadkowi uległ Włoch (tzw. gleba z niczego), a w chwilę potem zakończył tam wyścig jeden z polskich uczestników. Potem rozpoczął się festiwal nieszczęść i gleb tych najlepszych. Po raz kolejny niemal cudem wywinął się od poważnej kraksy Gajser, którego niespodziewanie zarzuciło mocno zaraz po starcie wyścigu. Jakby tego było mało, w ostatnim finale dnia, w wyścigu klasy MXGP, w tym samym rejonie toru, wypadkowi uległ … Tomek Wysocki. Podbiło go na końcu owej prostej wzdłuż pit lane, motocykl poleciał w powietrze, poleciał też Tomek. Ocknął się w polowym szpitaliku. Było naprawdę groźnie bo nie dość, że chorzowianin zaliczył długi lot po wysiadce z siodła na pełnej prędkości (tam wszyscy nie żałują roll gazu), to jeszcze został uderzony swoim motocyklem. Jakimś cudem Tomek nie doznał złamań, ale z tego co mówił kask może iść do muzeum… To już drugi taki groźny lot naszego jedynego uczestnika MŚ. Tomek znowu miał naprawdę dużo szczęścia. Cóż, w MXGP jadą najlepsi z najlepszych i tam się nikt nie cacka.

Trzeba być twardym i trzymać gaz. I trzeba jechać swoje mimo wszelkich przeszkód i trudności. Jedną z nich były w Matterley nie tyle kamienie, co twarde grudy ciężkiej ziemi, które bezlitośnie bombardowały ręce, ciało i gogle. Tomek wspomina, że oberwał nimi nie raz. Zresztą widać było, jak zawodnicy obierali tory jazdy, byle nie jeden za drugim. Ironią losu jest jednak i to, że tak jak podczas MXoN w ub. roku, tak i teraz nasz rider jechał całkiem dobrze (24 miejsce). Ostatecznie jednak nasi wracają z niczym.

Pauls Jonass

Drugiego biegu w MXGP nie ukończyło aż siedmiu zawodników, co zdarza się w tak przecież doświadczonej i klasowej grupie rzadko. W EMX 250 nie ukończyło wyścigów również siedmiu. Ale co się dziwić, gdy w Matterley mieliśmy ten prawdziwy, rasowy, ostry motocross, w którym idzie się na całość i „grzeje na maksa”. Twarda, bezkompromisowa walka, jazda na styk, po bandzie, na krawędzi upadku i styku z poboczem. Jak ktoś powiedział: „to był trudny, twardy, prawdziwy motocross, który nie uznaje kompromisów”. A nasz Tomek dodał: „ten piękny z wyglądu tor nie wybacza błędów, zwłaszcza błędów na skokach i przy dużych prędkościach”. Klasa MX2 jest obecnie już i tak mocno przerzedzona, jednak riderów zamiast przybywać dalej ubywa. Wprawdzie w Anglii odbył się kolejny spektakularny koncert zespołu Prado-Jonass, ale reszta przecież też robiła wszystko, by wywieźć jak najlepszy wynik. Ci młodzi chłopcy dawali z siebie wszystko, tempo jest iście diabelskie, ale tam też „gdzie drwa rąbią-tam i wióry lecą”. Znowu dramat przeżywał Darian Sanayei. Młody Amerykanin tak świetnie rozpoczynał sezon, ale kontuzja kolana jakiej nabawił się podczas Mistrzostw Wlk. Brytanii (o ironio!) nadal ciągnie się za nim jak ponury cień.

Darian Sanayei

Tym razem, z powodu koszmarnego bólu nie pojechał drugiego wyścigu i niestety, ale zamiast myśleć o kolejnych punktach, musi pomyśleć o stole operacyjnym. Kolejnym wielkim przegranym okazał się niespodziewanie Thomas Kjer Olsen. Co jak co, ale gdy dwa razy fabryczna maszyna odmawia posłuszeństwa, jest to wielki niefart. To przecież trzeci zawodnik MŚ MX2! Pięknie pojedynkował się z rywalami, nawet ze swoim kumplem teamowym Covingtonem, ale niestety Anglia kojarzyć się mu będzie z dwoma zerami, co jest dla tego klasowego ridera czymś niespotykanym od bardzo dawna. Przepadł gdzieś na tyłach Hunter Lawrence. To kolejny znakomity zawodnik z czołówki, który nie umie odnaleźć się w tym pokręconym, pełnym wypadków i pechowych zdarzeń sezonie. Odległe miejsca to na pewno nie jest to, po co przyjechał do Anglii. Brrrr… Wystarczy!

Pozytywy? Wspaniałe pojedynki w praktycznie wszystkich klasach, piękny triumf Czecha Martina Żeravy który pokazał, że czy mokre piachy Assen, czy trudna ziemia Anglii i tak potrafi objechać wszystkich. Dwa wyścigi wygrane i kolejny tytuł do kolekcji. Fantastyczne rzeczy działy się w wyścigach EMX300 i EMX 250! Najpierw stary wyjadacz i były uczestnik MX1 Brad Anderson skasował rundę dla siebie, choć drugi bieg wygrał Estończyk Lusbo. Jednak szczególną rzeczą jest wynik kolejnego Czecha Vaclava Kovara, który po udanym GP Rosji zdobył kolejne podium! Tym razem wywalczył drugie miejsce na pudle, a w generalce jest już 5. Polecamy to rozwadze naszych niektórych riderów, jako że Polacy nie mają w tej chwili żadnych wyników i żadnych punktów w żadnej klasie ME. A przecież udział w EMX300 jest, jak się okazuje najłatwiejszy. Kovar jest świetnym przykładem na to, że rider rywalizujący na co dzień w MX1 może z powodzeniem dosiadać też dwusuwa i jeszcze odnosić na nim sukcesy. Czesi regularnie startują w tej klasie i coraz lepiej punktują. Nam pozostaje niestety tylko przyglądanie się i podziwianie jak sąsiedzi są coraz bardziej widoczni w Europie..

Steven Clarke

W EMX 250 triumfował Steven Clarke, dawny mistrz Europy tej klasy. Facet, który po zdobyciu tytułu nie umiał znaleźć teamu i wyjechał do USA, by na nowo zdefiniować swoje umiejętności. Zwycięstwo w I biegu odniósł w niesamowity sposób, po przepięknej walce z Tomem Vialle. Trwała ona do samego końca, ale tuż przed metą Francuz popełnił błąd i zwycięzcą został Clarke. Ale drugi wyścig EMX 250 wreszcie dostarczył tego, na co tak długo czekaliśmy. Do głosu doszedł bowiem jeden z tych, którzy po przesiadce z EMX125 musieli nauczyć się wyższej klasy. Mikkel Haarup! Duńska petarda, debiutująca w tej grupie, pokazała swój potencjał i nareszcie rozwinęła żagle, uzyskując najlepszą szybkość. Najpierw wyprzedził Francuza Goupillona, potem właśnie S. Clarke i wygrał. Jaka szkoda, że w I biegu Mikkel był dopiero 17. Podium końcowe było więc następujące: 1. Clarke, 2. Spinks (też Brytyjczyk!), 3. Goupillon. W Top Ten było aż pięciu Brytyjczyków! Dziwić się, że potem piwo lalo się szerokimi strumieniami? W tabeli nadal prowadzi Barr, przed Pocockiem i Boisrame. A więc dwaj Brytyjczycy na czele a w dodatku już piąty jest Clarke. Czy to będzie więc brytyjski sezon w EMX250?

Tony Cairoli

Na koniec jeszcze o dwóch wiodących klasach. Kolejne podium (drugie z rzędu!) i kolejne 3. miejsce dla Vlaanderena. Honda wraca do życia w klasie MX2! Równy i solidny występ Brytyjczyka Watsona. Dobry znajomy trenera Justina Morrisa dokonał dużego postępu i coraz mocniej atakuje trzecie miejsce w MŚ. Wprawdzie trzyma się na nim jeszcze Olsen, ale wpadka w Anglii sporo go kosztowała i Watson tylko czyha by wskoczyć na jego miejsce. W MXGP mieliśmy kilka pięknych potyczek, jednak wszystkie przyćmiła walka dwukrotnego zdobywcy holeshota Cairolego z Herlingsem. I znowu Holender zrobił swoje, czyli wziął dublet. Tym razem jednak było mocno pod górkę, bo najpierw o wygranym biegu zdecydował (w końcówce) dość nieelegancki manewr Herlingsa wjazdu w koła Włochowi i podcięcia go na łatwej prostej startowej co bardzo nie spodobało się wielu ludziom. (Notabene Cairoli nie przyszedł na zwyczajową konferencję prasową po zakończeniu imprezy).

Jeffrey Herlings

W drugim wyścigu to sam Tony pomógł Herlingsowi zdobyć dublet. Będąc na prowadzeniu w końcówce popełnił ten błąd, kosztujący jednak wygraną w całej rundzie. Tym razem to jednak Cairoli nadawał ton wyścigom i to Herlings musiał go gonić. Po kłopotach technicznych z motocyklem w Teutschenthal Tony bardzo chciał się odegrać Holendrowi i było to widać w Matterley. Prawie mu się udało… To „prawie” to jest jednak właśnie ten kawałek czegoś (i szybkości i szczęścia i finezji), czego obecnie brakuje Sycylijczykowi do pokonania Holendra. Po kolejnym dublecie Herlingsa możemy więc sparafrazować słynne piłkarskie powiedzenie i napisać tak: motocross to dyscyplina, w której ściga się ponad 30-tu riderów, a i tak wygrywa Herlings.

fot.: Monster Energy, KTM, Alek Skoczek (Steven Clarke)