Trzy hopy, które pokonały najlepszych riderów (MXGP Valkenswaard)

Znakomita pogoda, niesamowite tempo, dramatyczne wpadki prowadzących i perfekcja w wykonaniu wizytówek KTM Factory.

Do tego Herlings i Everts o kulach, plus niestety ciąg dalszy nieszczęść tego sezonu. Mimo wszystko to był świetny weekend w Holandii! Warunki nie mogły być lepsze. Wcześniej chłód, deszcz i błoto, a rok temu niemal zima, śnieg na torze i chłód w kończynach. Tym razem słoneczna wiosna i ani jednej kropli deszczu. Tysiące kibiców mogło sycić oczy widowiskiem wyścigowym najwyższej jakości. I ta jakość była – w każdej z czterech klas!

WMX

Na pierwszy ogień poszły dziewczyny. Pierwsza runda WMX i od razu zaskoczenie, bo wiadome było, że na starcie zabraknie multimistrzyni Kiary. A to mogło oznaczać tylko jedno: to samo co w przypadku Herlingsa i Cairolego. Otwarte drzwi do tytułu dla największej rywalki, czyli “Kiwi Girl” Courtney Duncan. Nowozelandka przesiadła się na zieloną maszynę Kawasaki. Ruch niespodziewany, bowiem wszystkie najlepsze jadą jednak na niebieskich motocyklach Yamahy. Zrobiła to nawet ta ostatnia, czyli do niedawna jeszcze “żółta” Larissa Papenmeier, która obecnie startuje w prywatnym teamie Kiary (FontaRacing). Ale to nie maszyna czyni człowieka najlepszym. O tym, że Kiwi ma wszystkie atuty by zostać mistrzynią, nikogo już przekonywać nie trzeba. Dotąd miała bowiem wyłącznie pecha, okrutnego pecha. Teraz jednak margines przeznaczony na pechy i błędy zrobił się wyjątkowo wąski, ponieważ dziewczyny pojadą zaledwie 5 rund MŚ i przy wyrównanym poziomie czołowej trójki, czwórki dziewczyn, komuś może zabraknąć okazji, do nadrabiania strat.

Sobotni wyścig potwierdził, że Kiwi nie ma konkurencji i nawet na miękkim torze poradzi sobie z każdą rywalką i każdą trudnością. Zaskoczeniem była jednak znakomita postawa Amandine Verstappen, która nie pierwszy raz pokazała jakość (2 lata temu w Loket była na podium, wygrawszy wyścig). W pierwszym wyścigu to właśnie Belgijka była najpierw liderką i trzeba przyznać, że jechała wyśmienicie, bezbłędnie. Później jednak nadjechał nowozelandzki walec i przetoczył się po niej i po coraz trudniejszym torze, odbierając nadzieje na wygraną wszystkim rywalkom. Nieprzyjemnym zaskoczeniem był gorszy start liderki miejscowych, Nancy Van de Ven. Wyglądało to jakby Holenderka nie złapała jeszcze wyścigowego oddechu. Za to od pierwszych metrów miała go Larissa Papenmeier. Niemka dopingowana przez Włoszkę (Kiarę), swoją przyjaciółkę i jednocześnie największą rywalkę! To coś rzadko spotykanego. Larissa miała tradycyjnie świetny start, ale nie wiadomo jak było dalej kondycyjnie, bo jest to zawodniczka drobna i niska, więc opanowanie tempa i rozpędzonej maszyny nie jest dla niej proste. Nie ma też już 20-tu latek, ale jedzie swoje jak najlepiej potrafi. Wywalczyła w sobotę 3. miejsca, za Kiwi i Amandine.

Niedzielny poranny wyścig okazał się jednak lodowatym prysznicem na gorącą głowę Kiwi i jej kibiców! Początek znakomity, bo Nowozelandka objęła szybko prowadzenie i robiła swoje, tak jak zawsze, w drodze po wygraną. Ale do siódmego okrążenia. Na ósmym, dosłownie kilkanaście metrów za linią pomiaru czasu na mecie, popełniła ten jeden koszmarny błąd, przeważywszy motocykl w locie ku przodowi i niestety, przeleciała przez kierownicę, wywołując jęk wielkiego zawodu u spikera i publiczności! Wypadek przypominał te wszystkie niepotrzebne, niewymuszone gleby, wywołane wyłącznie przez błędy własne. Takie same, jakie przytrafiały się tym najlepszym. Kiwi takiego błędu jeszcze na koncie nie miała. Do teraz…. Takie gleby kończą się jednak poważnymi skutkami, często złamaniami. Nowozelandka nie jest jednak wątłym chucherkiem, ale solidnie zbudowaną i silną dziewczyną, więc o dziwo, ale wstała i bez oznak większego szoku, chciała natychmiast jechać dalej. Motocykl jednak odczuł chyba większy wstrząs, bo on akurat nie chciał dalej jechać i odpalić. To właśnie kosztowało nieszczęsną Kiwi najwięcej straconego czasu, i gdy odpaliła wreszcie maszynę, jechała dopiero około 10-tego miejsca! To było jak katastrofa dla zdecydowanej faworytki. Ostatecznie skończyło się na 7. miejscu, co jest oczywiście klęską, dla kogoś, kto tak dominował w obu wyścigach. Kiwi była łącznie jednak czwarta, tracąc do podium ledwie punkt a co ważniejsze, tracąc do zwyciężczyni tylko 5. punktów. To jest teraz najważniejsze, prócz dobrej wieści, że Nowozelandka jest cała i nic jej się gorszego nie stało. A mogło.

Sensacyjną zwyciężczynią została więc naprawdę niespodziewanie Amandine Verstappen, dwukrotnie druga w wyścigach i pokazująca, że grono ścisłej czołówki powiększyło się właśnie o kolejną osobę. Drugi wyścig był znacznie lepszy w wykonaniu Van de Ven, która najwięcej skorzystała na wpadce Kiwi. Wygrała go Holenderka, wprawiając tłumy holenderskich kibiców w stan wielkiej radości. Jej drugie miejsce na podium wzbudziło również wielki aplauz miejscowych, którzy mają przecież we wszystkich klasach swoich faworytów. Trzecia na podium była Larissa, która zdążyła na koniec nam jeszcze powiedzieć, że choć liczyła na trochę więcej, jest jednak zadowolona, bo plan minimum wykonała. Po pierwszej rundzie różnice między rywalkami w czołowej czwórce są minimalne, więc jak co roku zapowiada się tu zażarta walka o medale być może do ostatnich metrów finałowej rundy w Turcji! Z ciekawostek dodajmy, że startowały dwie Australijki (w tym znana Meghan Rutledge, która powróciła do MŚ) i jedna Japonka, prawdziwy rodzynek w tym kobiecym cieście wyścigowym. Pojawiły się też nowe twarze ze Skandynawii. Będzie więc sporo walki!

EMX125

Młodzi, szybcy i naprawdę wściekli. Tempo mają niemal zabójcze dla mało zaprawionych. Patrzą na chłopaków z MŚ MX2, uczą się szybko i rozpiera ich młodzieńcza energia. Chcą się ścigać, wygrywać i cieszyć jazdą, przeżywać wszelkie emocje jakie są w motocrossie dostępne. Idealny materiał na pokoleniową zmianę dla Van Horebeeków, Cairolich czy Desalle’ów! Teraz ta klasa zaczyna swoją intensywnością i charakterystyką przypominać EMX250. Są liczni nowi (a 85cm) i są starsi, którzy mają ostatni sezon w “setkach”. Nadeszła też nowa fala szybkich chłopców, z kilku krajów europejskich, min. z Hiszpanii czy Skandynawii, która robi się od pewnego czasu wylęgarnią talentów.

Pierwsza runda miała dać odpowiedź jak się czują przesiadkowicze, i ile trenowali przez okres zimowy, by wejść dobrze w sezon. Było wręcz oczywiste, że faworytem będzie znakomity włoski blondynek, Mattia Guadagnini (wywiad z nim w najnowszym, aktualnym numerze X-CROSS!). Ale nikt, a zwłaszcza miejscowi, nie liczył że jeden z tych świeżych, niewyrośniętych jeszcze drobnych chłopców da taki pokaz jazdy! Taki jak zrobił Kay de Wolf! Niedawno jeszcze chłopczyk, teraz już dorastający, ale drobnej budowy, świadomy i coraz lepszy zawodnik, który został zaproszony do jednej z najsilniejszych i najbardziej wymagających ekip. Chciała go bowiem mieć u siebie sama Husqvarna. Huska wzorem KTM Factory już dba o zaplecze i wyszukuje najlepsze talenty, które potem, za kilka lat zastąpią Olsenów i innych w MŚ. Efekt? Progresywny debiutant zachwycił tłumy i wprawił w euforię holenderskiego spikera o charakterystycznym głosie. Jak to wszystko było?

Już kwalifikacje pokazały jak niesamowicie wzrósł poziom w EMX. Skoro kilku najlepszych w swoich krajach przepadło, a niektórzy znani z szybkości, ledwo się załapali do finałów, to pomyślcie jaka tam teraz jest szybkość i technika. Oj, niejeden dobry rider musiał pogodzić się z porażką i uznać za przegranego… Ofensywę przypuścili młodzi Hiszpanie i Francuzi, którzy coraz liczniej i śmielej atakują tych najlepszych. Ale nawet i u nich niejeden nie dał rady przeskoczyć poprzeczki, jaką zawiesił tor w Valkenswaard i inni rywale. Pożegnali się z finałami min. Bogdan Krajewski (FRA), Magnus Smith i kilku dobrych Belgów, a także Volovich z Białorusi czy niektórzy Holendrzy. Nie dał rady nawet świetny Niemiec Pillier, a sam syn Evertsa Liam, ledwo się załapał. Wielkie problemy miał tego dnia z motocyklami jedyny Węgier, Adam Kovacs (dwie awarie silnika), ale jednak wywalczył start w finałach. W pit lane w kwalifikacjach widzieliśmy wszystko. Nerwy, łzy, bezradność, pot i wściekłość. Spokojny i uśmiechnięty był tylko jeden chłopak. On wiedział, że ma wszystko pod kontrolą. Sobotni wyścig pokazał znakomitą formę podopiecznego teamu Corrado i Marco Maddiich, czyli Mattii Guadagniniego.

Młody Włoch czuł jednak na plecach oddech Francuza Toma Guyona i świetnego na miękkich torach Estończyka (to tam norma), Jorgena Talviku. Dobrze pokazał się też Brytyjczyk Rizzi i ciekawy Hiszpan Oriol, który ze swoją barwną, energiczną i liczną ekipą tworzył mocny, żółto-czerwony kontrast. Gdy kwalifikacje były taką rzeźnią, a w programie nie było wyścigu ostatniej szansy, to finały zapowiadały się wprost fascynująco! Pierwszy bieg to świetny start Mattii i prowadzenie aż do mety. Rywale mogli tylko oglądać kurz spod kół Włocha. W drugim wyścigu konkurencja spięła się jednak jak mogła ale prawdziwa rewelacją okazał się debiutant, który jeszcze pół roku wcześniej dosiadał “osiemdziesiątkipiątki”. Kay de Wolf! Nowe złote dziecko Husqvarny wyrwało jak szalone i prowadziło mimo zaciekłych ataków rywali aż do przedostatniego kółka! Dopiero wtedy sporo starszy Tom Guyon dał radę młodemu wilczkowi.

Wyścig ten dostarczył niesamowitych emocji, zarówno spikerowi jak i setkom holenderskich kibiców. Pod nieobecność swego największego mistrza, Herlingsa, musieli gdzieś przenieść swe sympatie, a że ich młody debiutant jechał znakomicie, więc i serca widowni były po jego stronie. Sensacja była o krok, ale ostatecznie skończyło się na 4. miejscu, tuż za podium. Na mecie widać było jakiego niesamowitego kopa dostał po tej jeździe młody de Wolf. On wiedział, że zrobił świetną rzecz i zobaczymy teraz jak ta potężna dawka wiary w siebie zaprocentuje. Mattia przyjechał “dopiero” piąty, a o przyczynach tego wyniku przeczytacie w kolejnym wydaniu X-CROSS. Sumarycznie jednak to Włoch wygrał pierwszą rundę, przed świetnym Estończykiem Jorgenen Talviku (2-3) i trzecim Tomem Guyonem. Setki dostarczyły niesamowitych emocji, co zwiastuje jeszcze większą, zaciętą walkę w Trentino, już w najbliższy weekend!

MX2

Odpowiedź co się dzieje z Jorge Prado dostaliśmy rankiem w sobotę, gdy młody Hiszpan wyjechał do pit lane, by wziąć udział w rozgrzewce i treningu. Na pytanie “czy czuje się tylko lepiej, czy już całkiem dobrze” odpowiedział nam tak: ” To pokażą niedzielne wyścigi, ale cieszę się, że znowu jestem w rywalizacji i myślę, że nie zapomniałem jak się szybko jeździ. Jest dobrze i liczę, że będzie jeszcze lepiej” Po czym z uśmiechem na twarzy śmignął do swojej ekipy. Jego ojciec, Jesus Prado również cieszył się z powrotu syna do wyścigów. Motocross zmienił i ustawił całe życie tej rodziny, więc wszystko kręci się tam wokół kariery Jorge. Jednak co innego widok zatroskanego ojca, a co innego szeroko i naturalnie uśmiechniętego. Musiało być dobrze.

I było! Hiszpan był najlepszy we wszystkich swoich przejazdach- od czasówki, przez wyścig kwalifikacyjny, aż po obydwa niedzielne finały, które wygrał bez problemu, biorąc jeszcze przy okazji obydwa holeshoty! Jakieś pytania??? Nokaut rekonwalescenta na zdrowszych i silniejszych jak nic. Za plecami Jorge trwała jednak prawdziwa wojna kilku nacji o obsadę pozostałych miejsc na pudle. Wojna ta miała wiele ofiar, bo ciemne piachy Valkenswaard chętnie kosiły co szybszych śmiałków. Gleb przybywało, ale Henry Jacobi, Thomas Kjer Olsen i pozostali trzymali twardo gaz. Niemiec długo czaił się na 2. miejsce, ale od początku trzymał je pewnie Olsen i utrzymał niezagrożony aż do mety. Pierwsza trójka wyraźnie zdystansowała całą resztę, zaś tempo było niesamowite, zmuszające do nieustannej uwagi i pewnych manewrów. Każda próba “oszukania” trudności toru kończyła się albo na jego poboczu, albo… na ziemi. Tylko ci najlepsi fruwali jak chcieli a prym wiódł w tej sztuce oczywiście Jorge Prado.

Drugi wyścig był podobnie jak w setkach przebudzeniem młodej krwi. Były mistrz świata z “setek” Jago Geerts nie od dzisiaj zaliczany jest do grupy najbardziej uzdolnionych i wyszkolonych technicznie riderów. Udowadniał już, że jest w stanie walczyć o podium. Tym razem udowodnił, że holenderski miękki klasyk nie stanowi dla niego przeszkody, by znowu odnieść podobny sukces. W drugim biegu wyjeździł świetne 2. miejsce i dzięki temu głównie stanął za Prado i Olsenem na podium trzeciej rundy MŚ! Belgijscy kibice, których było naprawdę sporo a ich flagi z daleka widoczne, mieli mnóstwo radości.

MXGP

Prado zrobił swoje i wykonał plan maksimum dla pomarańczowej ekipy. Pytanie było czy to samo jest w stanie zrobić Tony Cairoli? Stary lis z Sycylii korzysta pełnymi garściami z całego swego potencjału, jaki uzbierał przez wszystkie lata kariery. I to jest właśnie zapas doświadczenia i sprytu wyścigowego, którego wciąż w podobnym stopniu brakuje Timowi Gajserowi. Włoch podobnie jak młodszy kolega – Prado, praktycznie nie popełnia w tym roku większych błędów, dzięki temu nic i nikt mu nie psuje jazdy i wyników. Najlepszych wyników. A Gajser? Ano tu właśnie – mimo tego, że odbudował się mocno psychicznie- wciąż daje znać o sobie nadmiar gorącej krwi. Dążenie do wygranej jest u Słoweńca chyba nieco za duże. Przynajmniej w zetknięciu z możliwościami i bezbłędnością Cairolego. I to właśnie potwierdziło się w niedzielnych wyścigach, a dokładnie w I biegu. Włoch najlepiej rozpoczął, a za nim jak cienie sunęli już Anstie i Desalle. Anglik wyprzedził Włocha, po chwili to samo zrobił Belg, ale Cairoli nie takie rzeczy porządkował, więc jego kibice byli pewni, że poradzi sobie i tym razem.

Ku zdziwieniu wszystkich jednak to Anstie twardo jechał jako pierwszy i nie zapowiadało się na kolejną włoską wiktorię. Za Cairolim jechał już Gajser, który – jeśli marzy mu się walka o kolejny tytuł- po prostu MUSI zacząć z Cairolim wygrywać, W tym wyścigu doszło jednak do dwóch kompletnie nieoczekiwanych wypadków, które przewróciły całą czołówkę i…. wywindowały Cairolego na zwycięzcę. Najpierw grzmotnął bowiem na ziemię Gajser, i stało się to w tak niespodziewanym miejscu, że trudno było w to uwierzyć, że taki mistrz popełnił taki błąd, na jednym małym, minimalnym wręcz skoku, gdzie lot trwa może 2-3 metry. A jednak! Niepozorna kopka ziemi i piachu na dziurawym, ale szybkim odcinku do lasku zrobiła swoje. Ten jeden niepotrzebny błąd, ta jedna wpadka się przydarzyła i skutki mogły być nie tylko bolesne, ale i kosztowne. Wystarczy przecież, że motocykl juz nie odpali i…żegnajcie cenne punkty. Gajser jednak maszynę odpalił, ale strata był już za duża by pomarzyć o walce z Cairolim. Tysiące kibiców wokół toru przeżyło jednak jeszcze większy szok, gdy tak świetnie jadący na czele Anstie zaliczył tak samo zaskakującą glebę i to również na niepozornym, małym garbie (pierwszy zakręt za skokiem z metą).

Nie ma tam bowiem ani dużych szybkości (konieczność wyhamowania) ani znaczniejszych trudności. Nikt go też nie zmusił do błędu. Po prostu, przydarzył się ten jeden, brzemienny w skutkach błąd. Na domiar złego, ta niegroźna wywrotka Anglika spowodowała potężną stratę miejsc, gdyż zaplątało mu się gdzieś w osłonę silnika…ubranie (wybitny pech!) i aż dwóch marshalli musiało mu postawić motocykl do pionu, aby nieszczęsny pechowiec mógł uwolnić swoje ciuchy i nie jechać jak obdartus. Tak więc w Valkenswaard nieoczekiwanie aż 3 karty rozdały dwa niewielkie, łatwe pagórki, na których stępili sobie zęby ci najlepsi. To oczywiście nie wszystko… Ilość gleb i innych przygód była taka, że można by nimi obdzielić kilka Grand Prix! Jeffrey Dewulf niestety uszkodził w sobotę nadgarstek i w niedzielę nawet nie wyjechał do kolejnej swej niezbyt równej walki z ekipami factory. Ziemi i piasku posmakowali w “setkach” Eddie Jaywade, świetny Norweg Osterhagen, czy szybki Francuz Miot. W MX2 leżeli min. Lesiardo, Geerts, Griekspor, i szybki przecież na miękkim Mewse, a nawet nowy z Australii- Mitch Evans, który miał nieudany ten cały weekend. W MXGP glebowali Paulin, Bogers, Van Berkel i jeszcze paru. Wyjątkowo nieszczęśliwie zakończył się udział w imprezie dla wytrwałego Rosjanina Tarasova. Nie dość, że nie ukończył obu wyścigów, to na dodatek na samym końcu, w tym samym miejscu co upadł Anstie, jeszcze złamał sobie rękę…

Ufff! Wystarczy tej litanii. Podium w MXGP to oczywiście Cairoli z kompletem wyników (1-1 i oba holeshoty!), drugi Desalle (dzięki I wyścigowi przede wszystkim) i…szczęściarz Gajser, który wyratował się po nieudanym I biegu (był tam 7.) udanym II biegiem, gdzie zajął 2. miejsce. Patrząc teraz chłodnym okiem, widać że na trudnym i szybkim torze koło Eindhoven, najlepiej radzili sobie w królewskiej klasie ci najstarsi i najlepiej obeznani, z wieloletnim doświadczeniem. Ale uwaga, teraz przenosimy się na twardy tor w Trentino i tam wszystko może potoczyć się zupełnie inaczej. Jedno jest pewne juz teraz. Przyjedzie tam wszystko co najlepsze w MŚ i w EMX, bowiem jadą też klasy EMX125 i ta niesłychanie wyżyłowana, obsadzona masą znanych nazwisk EMX250. Ależ tam będzie walka! A my ją będziemy dla Was obserwować, już po raz czwarty z rzędu.

foto: Alek Skoczek